Czarny Kot (1989). Sztuka trashu

Luigi ‘Trashgento’ Cozzi przedstawia: Czarny Kot A.K.A. Demons 6: The Profundis

Włoski przemysł filmowy ma za sobą długą historię w produkowaniu nieoficjalnych sequeli, najczęściej do kasowych amerykańskich produkcji. Świt żywych trupów (1978) George’a Romero spowodował, że Lucio Fulci nakręcił swoje kultowe Zombi 2 (a.k.a. Zombie pożeracze mięsa, 1979), z kolej Joe D’Amato wyprodukował dwie nieoficjalne „kontynuacje” Martwego Zła (1981-87) Sama Raimiego – Ghosthouse i Witchery (obie z 1988 roku). A to tylko te najbardziej znane pseudo-sequele.

Oczywiście, zdarzyło się, że któraś z tych „zrzynek” okazała się tak wielkim sukcesem, że nie tylko oderwała się od swojego zachodniego „protoplasty”, ale też dała początek własnej serii nieoficjalnych sequeli. Taki los spotkał wspomniane Zombi Fulciego, pod które na przestrzeni lat podpinali się różni twórcy, na czele z Bruno Mattei i Claudio Fragasso. Podobny los spotkał Demony (1985) – pełnoprawny reżyserski debiut Lamberto Bavy, syna Mario. Rok po swojej premierze film doczekał się oficjalnej kontynuacji, po czym tytuł Demons 3 przywłaszczyły sobie m.in. Black Demons (1991) Umberto Lenziego, The Church (1989) Michele Soavi’ego oraz nakręcony dla włoskiej telewizji przez Lamberto Bavę The Ogre (1988). Alternatywnym tytułem Demons 4 ochrzczone zaś zostało The Sect (1991) Soavi’ego.

Film, na którym skupia się poniższy tekst znany jest pod dwoma tytułami – Czarny kot (po włosku Il gatto nero) oraz Demons 6: The Profundis z 1989 roku. I w zależności od tego, pod jakim tytułem się na ten film trafi, będzie on oparty albo o prozę Edgara Allana Poe, albo Thomasa De Quincey (w samym filmie wymienieni z imienia i nazwiska są obydwaj twórcy, ale o tym później). Reżyserem szóstych Demonów jest Luigi Cozzi, autor kultowych „zrzynek” Obcego (1978) i Gwiezdnych Wojen (1977), czyli kolejno Contamination (1980) i Starcrash (1978), co dla każdego wyjadacza kiczu powinno być gwarancją przedniej zabawy.

Czarny kot już co prawda gościł na łamach Kinomisji, jednak warto o nim przypomnieć. Zwłaszcza, że jakiś czas temu do sieci trafiły materiały promocyjne przedstawiające urodziwą niewiastę z waginą na piersi i przypominające, że w przygotowaniach jest nowa wersja (reinterpretacja?) Suspirii (1977) Dario Argento – pierwszej odsłony „niedokończonej” Trylogii Trzech Matek. Wziąłem to słowo w cudzysłów, ponieważ wieńcząca cykl Matka Łez (2007) to film tak odległy formalnie oraz fabularnie od Suspirii i Inferno (1980), że trudno te filmy stawiać obok siebie. I właśnie tutaj na ratunek przybywa Cozzi.

Jednym z głównych bohaterów Czarnego kota jest reżyser i scenarzysta filmowy Marc Ravenna (Urbano Barberini). Wraz ze swoim kolegą po fachu Danem Grudzinskim (Maurizio Fardo) planują nakręcenie filmu, będącego kontynuacją… Suspirii Argentego. Zatytułowany za opowiadaniem  Thomasa De Quincey De Profundis, film ma skupiać się na Trzeciej z niesławnych Matek – Levanie. Rolę tę Marc zamierza powierzyć swojej żonie, aktorce Anne (Florence Guérin). Wszystko komplikuje się, kiedy pojawia się prawdziwa wiedźma i zakazuje Anne udziału w filmie, wymiotując na nią przy tym zielonym śluzem i paląc jej lodówkę. Od tamtej pory aktorkę zaczynają spotykać coraz dziwniejsze rzeczy i zaczyna ona posądzać siebie o utratę rozumu.

Fabułę Czarnego kota można określić mianem konwencjonalnej – grupa filmowców, używając zakazanego imienia złej wiedźmy, ściągają na siebie jej klątwę, główna bohaterka natomiast staje w obliczu wykrzywiających rzeczywistość złych mocy i stara się rozwikłać ich tajemnicę. Wszystko to motywy, które doskonale znamy z włoskiego horroru. Po drodze wpada kilka głupotek (jedna z postaci daje radę przejechać samochodem całkiem spory odcinek, mając nóż wbity w plecy), ale w ramach onirycznego horroru można na nie przymknąć oko. Nie można przymknąć oka niestety na, bez wdawania się w szczegóły, zakończenie – pojawiające się znikąd, nie mające żadnego sensu w kontekście reszty filmu i idące w stronę… science-fiction?

Tytułowy czarny kot pojawia się w zaledwie dwóch scenach zwiastując pojawienie się wiedźmy; jest to także tytuł filmu, którego kręcenie pokazane nam jest w pierwszych scenach. Mało tego, pojawia się tam też zabójca do bólu przypominający tego z Blood and Black Lace (1964) Mario Bavy, i jest to także dobra okazja, by wspomniany wcześniej Michele Soavi wystąpił w małym cameo jako reżyser. Imię Levany, podobnie zresztą jak cały koncept Trzech Matek (Mater Suspiriorum, Lachrimarum i Tenebrarum), zostały zaś zaczerpnięte z rozdziału Suspirii de Profundis De Quincey, będącej, swoją drogą, dodatkiem do głośnej powieści Wyznania angielskiego opiumisty. Natomiast z serią Demons film nie ma absolutnie nic wspólnego.

Trzeba za to Cozzi’emu przyznać, że dał radę wiernie oddać ducha filmów Argento i onirycznego włoskiego horroru w ogóle. Zgrabnie operuje kolorowym oświetleniem, eksponując pokryte pajęczyną groby, po których pełzają węże i robactwo, zaopatruje także całość w kilka krwawych scen – o pojawieniu się Levany już wspomniałem, ale oprócz tego otrzymujemy śmierć poprzez eksplozję klatki piersiowej (przypominam, że Cozzi ma na swoim koncie „zrzynkę” z Obcego) i telewizor, z którego wylatują wnętrzności – coś w stylu Videodrome’u (1983) Davida Cronenberga. Sen miesza się z jawą, na światło dzienne wychodzą kolejne tajemne powiązania między postaciami… Dziwności i obrzydliwości jest wystarczająco by wielbiciel gatunku czuł się ukontentowany, a w ramach wisienki na torcie, w jednej z pobocznych ról wystąpiła Caroline Munro (Stella Star ze Starcrash, albo jedna z hipisek z Dracula A.D. 1972 [1972]), którą możemy sobie pooglądać w czarnej bieliźnie.

Stronę realizacyjną Demons 6 można określić mianem topornej. Znaleźć w niej można bowiem wszystkie rzeczy, które przyprawić mogą przeciętnego profesora szkoły filmowej o atak szału. Udźwiękowienie często kuleje, angielski dubbing nie zawsze pokrywa się z ruchem ust postaci i bywa przeszarżowany, wypatrzeć można także masę „brudu” montażowego w postaci stopklatek wyglądających na niezamierzone, spowolnionych ujęć, które zdają się pojawiać bez uzasadnienia, i tym podobnych rzeczy. Efekty specjalne wypadają zaś nierówno. Te praktyczne, na czele ze wszystkimi ślicznie połyskującymi flaczkami i trędowatą twarzą Levany, jeszcze cieszą oko, wszystkie inne (błyskawice, lasery, itp.) wypadają komicznie, zwłaszcza w scenie finałowej. Prawda jest jednak taka, że bez tych wszystkich niedoskonałości nie mielibyśmy do czynienia z tak urokliwym filmem.

Skomponowaniem soundtracku zajął się Vince Tempera, który, co prawda, starał się nawiązać do kompozycji zespołu Goblin i Keitha Emersona, to dostarczył dość prostą i generyczną ścieżkę dźwiękową. Obok tych niezbyt pamiętnych kompozycji znalazł się zapożyczony z Suspirii motyw przewodni wspomnianej prog-rockowej grupy, a także pięć rockowych piosenek: dwie autorstwa zespołu Bang Tango (Sweet Little Razor i Someone Like You) i trzy od White Lion (If My Mind Is Evil, Let’s get crazy i Radar Love). Taka praktyka, tj. używanie piosenek mało znanych rockowych kapel, nie była niczym nowym we włoskich horrorach końca lat 80-tych, jednak, w przeciwieństwie do takiego Argento w Phenomenie (1985), Cozzi używa ich z rozwagą i w miejscach, gdzie współgrają z tym, co się dzieje na ekranie. W końcu nic tak nie pasuje do rozlewu krwi, jak solidna solówka na gitarze elektrycznej!

Czarny Kot to film zajeżdżający amatorszczyzną na kilometr. Jest najeżony technicznymi uchybieniami, ale na tym po części polega zabawa. Mamy w końcu do czynienia z trashową i campową wersją jednych z najpopularniejszych włoskich horrorów. Sztuką, którą Cozzi tu osiągnął nie jest jednak zrealizowanie filmu tak złego, że aż dobrego, lecz zrealizowanie filmu, który pomimo wszystkich wymienionych skaz uznać można za dobry. Bo tak, będziemy się śmiać z kiepsko wypowiadanych przez aktorów kwestii i będziemy przecierać oczy na widok rażących błędów montażowych, ale czy to w jakikolwiek sposób przeszkadza, by zanurzyć się w onirycznym klimacie szaleństwa i traktować rozgrywającą się przed nami fabułę na serio? Absolutnie nie!

Michał Mazgaj

Student filologii polskiej, znerwicowany pisarz poeta grafoman, wielbiciel starego kina w każdym wydaniu i nisz, o których mało kto słyszał.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.