Czarnoksiężnik (1989). Twarz anioła, urok diabła

Steve’a Minera fani horroru kojarzyć mogą jako reżysera m.in. drugiej i trzeciej części Piątku 13-go (1981-82) oraz komediowego Domu (1986). Oprócz tego, twórca ten może pochwalić się wyreżyserowaniem Czarnoksiężnika – nieco dziś zakurzonego, ale bez wątpienia wartego przypomnienia filmu fantasy. Istnej kopalni kiczu z jednym z najbardziej magnetycznych złoczyńców w historii kina.

Akcja filmu rozpoczyna się w 1691 roku, kiedy łowca czarownic Giles Redferne (Richard E. Grant) łapie tytułowego złoczyńcę (Julian Sands). Czarownik zostaje skazany na śmierć przez spalenie, jednak w dniu egzekucji zostaje uratowany przez diabelskie moce i przeniesiony w czasie do XX wieku. Jego misją jest skompletowanie Grand Grimoire – biblii czarnej magii, w której zapisane jest zapomniane imię Boga. Jeśli by owo imię wypowiedzieć wspak, można doprowadzić do zniszczenia całego świata. Jego zadanie nie będzie jednak takie proste, ponieważ Redferne’owi udało się przenieść w czasie razem z nim. Co więcej, łączy on siły z miejscową dziewczyną imieniem Kassandry (Lori Singer).

Scenariusz Davida Twohy’ego zdaje się czerpać swój szkielet fabularny z Terminatora (1984) Jamesa Camerona. Tam również mieliśmy dwóch walczących ze sobą przybyszy z innych czasów, którzy trafiają do lat 80-tych XX wieku, by stoczyć ostateczny pojedynek. Pierwotnie Twohy planował jednak z Czarownika uczynić protagonistę uciekającego w przyszłość przed inkwizycją. Planowano także, by całość była o wiele poważniejsza i brutalniejsza, czego pozostałością są dwie sceny nie pasujące zupełnie do tonu filmu (vide fragment ukazujący odgryzanie języka).

Trzeba Twohy’emu oddać, że do tematu podszedł ze sporym dystansem i dozą oryginalności. Po pierwsze, przywołuje on całe mnóstwo przesądów i wykorzystuje je na kilka ciekawych, a nawet i zabawnych sposobów. Czarnoksiężnik mówiąc o sobie często używa słowa „witch”, w końcu to kobiety najczęściej parały się czarami w średniowieczu. Oprócz tego, w jego obecności mleko kiśnie, ogień jarzy się błękitem, konie się pocą, i tak dalej. Aby ochronić się przed pomniejszym zaklęciem trzeba trzymać w ustach grosze, aby zranić Czarownika można wbić gwóźdź w ślad zostawiony przez jego stopę, a do latania nie jest potrzebna jest miotła, lecz… ludzki tłuszcz. Po drugie, średniowieczni przybysze trafiwszy do XX wieku wcale nie wariują na widok nowoczesnej technologii. Obaj są doskonale świadomi, że trafili do nowego, obcego świata i nie mamy wątpliwej przyjemności oglądać po raz kolejny sztampowego rzucania się z mieczami na samochody.

Ton produkcji jest lekki niczym w kinie przygodowym, w dodatku wprost ocieka on humorem i wysoce wysublimowanym przerysowaniem. Słychać to już w muzyce, która jest jakby zderzeniem dwóch porządków. Skomponowany przez Jerry’ego Goldsmitha motyw przewodni, choć doskonale buduje klimat tajemniczości i pasuje do postaci Czarownika, to nie jest wolny od przegięcia – bardziej podniosłe symfoniczne motywy łączą się z głupkowato wręcz brzmiącymi odgłosami syntezatorów. Podobne zderzenie znajdziemy przyglądając się trójce głównych bohaterów i wcielających się w nich aktorów, ze szczególnym uwzględnieniem Juliana Sandsa. Od pierwszej sceny posiada on niesamowicie magnetyczną prezencję i fascynuje widza bez potrzeby rzucania one-linerami. Jego Czarnoksiężnik jest zarówno zimny, a w chwilach konfrontacji ze swoimi wrogami nawet sadystyczny, jak i naiwny i zagubiony w nowych realiach. Innymi słowy, Sands idealnie równoważy okrutną i łagodniejszą naturę swojej postaci czyniąc ją tym samym bardziej ludzką, a przez to jeszcze bardziej interesującą.

W rolę nemezis tytułowego złoczyńcy, łowcę czarownic Redferne’a, wcielił się Richard E. Grant i podobnie jak Sands, jest w swojej roli naprawdę świetny. Jego kreację również cechuje magnetyzm, jednak definiują go zgoła odmienne cechy – szlachetność, powaga i pewny element tragizmu. Choć jest on przede wszystkim oddany swojej misji, bardzo łatwo wyczuć, że za jego motywacją kryje się także coś osobistego. Nie jest jednak w stu procentach poważny, bowiem Grant z pomocą scenariusza Twohy’ego bawi się patosem wylewającym się z kwestii swojego bohatera, jego przesadzonymi reakcjami inicjując wiele komediowych momentów. Ponownie wszystko to składa się na kompetentnego, bardzo ludzkiego pozytywnego bohatera, który balansuje między powagą a zabawą.

Na koniec zostawiłem jedyny tak naprawdę poważny mankament Czarnoksiężnika – efekty specjalne. Te, niestety, postarzały się bardzo źle, a nawet jak na standardy końca lat 80-tych wyglądają mocno archaicznie. Wytłumaczyć to można niskim budżetem, zresztą jednym z producentów stojących za filmem Minera był sam wielki Roger Corman, ale nie zmieni to faktu, że dla współczesnego widza mogą być ciężkostrawne. Green screen wykorzystany w scenach kiedy Czarownik lata, jest boleśnie oczywisty, z kolei charakteryzacja starzejącej się Kassandry ani trochę do siebie nie przekonuje, choć w tym drugim wypadku winna jest sama aktorka, która ponoć nie chciała spędzać godzin w charakteryzatorni. A skoro już o niej mowa, to zarówno Lori Singer, jak i jej postać są często uznawane za słabszy element filmu. Ja jednak się z tym nie zgadzam, bo o ile Kassandra jest archetypiczną „dziewczyną stąd”, tak nie jest ani irytująca, ani przesadnie bezbarwna. Wbrew temu, co może się wydawać, stanowi dobrą przeciwwagę i partnerkę dla Redferne’a. Nie tylko to właśnie ona zadaje Czarownikowi decydujący cios, ale także pozbywa się Grand Grimoire w pomysłowy i bardzo zabawny sposób.

Nie będę ukrywać, że mam do Czarnoksiężnika olbrzymi sentyment, może nie z dzieciństwa, ale z okresu mojej edukacji gimnazjalnej. Z perspektywy czasu uważam go nie tylko za przyjemne kino fantasy z hipnotycznym trio w rolach głównych, ale także kopalnię kiczu najlepszego sortu. Od scenariusza aż po muzykę wszystko w nim idealnie do siebie pasuje i nie wyobrażam sobie, by cokolwiek mogło wyglądać jakkolwiek inaczej. Paradoksalnie, nawet tandetne efekty specjalne wydają mi się już być integralną jego częścią i nadają temu, i tak już nie traktującemu się poważnie, dziełku jeszcze więcej uroku.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.