Combat Shock (1986). Taksówkarz z Tromaville

Udział Ameryki w konflikcie wietnamskim określa się jako koniec ideologicznej niewinności wesołej krainy kowbojów i Indian. Pozbawiona większego sensu i z góry skazana na przegraną, wojna ta na lata stała się płodnym tematem dla filmowców. Tylko nieliczne produkcje, spośród których najbardziej reprezentatywnym przykładem jest niesławny propagandowy koszmarek Zielone berety (1968) z Johnem Wayne’m, starały się przedstawić amerykańską interwencję zbrojną jako szlachetną próbę obrony demokracji w południowoazjatyckim kraju. Filmy takie jak Taksówkarz (1978), Łowca jeleni (1978) czy też Drabina Jakubowa (1990) prezentowały widzom złożoność psychologicznej traumy, z którą musieli na co dzień zmagać się weterani wojenni, zamieniając piekło wietnamskiej dżungli na jej miejski odpowiednik. W tych filmach walka protagonistów nie kończyła się wraz z ostatnim wystrzałem z M-16, lecz była wciąż kontynuowana w ich nadszarpniętych umysłach, tym razem w imię dostosowania się do nowej, powojennej rzeczywistości. Kto o zdrowych zmysłach mógłby pomyśleć, że swoje trzy grosze do tej tematyki postanowiła również swojego czasu dołożyć kultowa wytwórnia Troma, odpowiadająca za hektolitry niskobudżetowego filmowego szlamu?

Zrealizowany przez Buddy’ego Giovinazzo Combat Shock przedstawia jedną dobę z życia Frankiego Duniana (Rick Giovinazzo, brat reżysera). I nie jest to z całą pewnością życie usłane różami. Frankie, były żołnierz i więzień wojenny, nawiedzany jest koszmarnymi wizjami, które odsyłają go do posępnych czasów służby w Wietnamie. Równie przerażające są warunki, w jakich przyszło mu egzystować po wojnie. W rozkładającej się, odrażającej melinie koczuje wraz ze swoją znerwicowaną żoną Cathy (Veronica Stork) i zdeformowanym rocznym dzieckiem – żywą wizytówką skutków ubocznych chemicznego preparatu znanego jako „Agent Orange”, rozpylanego przez Amerykanów w celu destrukcji wietnamskiego ekosystemu.

Właścicielka mieszkania grozi groteskowej rodzince natychmiastową eksmisją, a bezrobotny Frankie nie ma nawet środków finansowych, by zapewnić im jakiekolwiek pożywienie. Urząd pracy po raz kolejny raz odrzuca jego aplikację, a lokalni gangsterzy pragną odzyskać zapożyczone u nich pieniądze. Jedyne co mu pozostaje, to bezowocne błąkanie się po ulicach przypominającego post-apokaliptyczne ruiny, nigdy nie nazwanego miasta w okazjonalnym towarzystwie swojego jedynego przyjaciela Mike’a (Michael Tierno) – uzależnionego od heroiny drobnego złodziejaszka, który, gdy zabraknie igły do wstrzyknięcia towaru, używa kawałka ostrego drutu do wykonania otworu w swoich żyłach…

Jak można z łatwością zauważyć po opisie, film różni się diametralnie od innych dzieł eksploatacji ze stajni Tromy, zarówno swoją ambicją, jak i charakterem. Nie spotkamy tutaj paradującego z mopem Toxie’go, czy surfujących neo-nazistów, lecz odkryjemy ponure aspekty egzystencji najprawdziwszego żywego trupa – weterana przegranej wojny oraz przegranego życia. Analogię pomiędzy byłym żołnierzem i zombi uwypuklają sami twórcy, umieszczając ironicznie plakat z kultowego Świtu żywych trupów w biurze zatrudnienia.

Podobnie jak u Travisa Bicle’a z Taksówkarza, w głowie Frankie’go jątrzą się napędzane miejską alienacją i agresją pomysły, które zostaną wprawione w ruch w szokującym finale. Z kolei zdeformowane, wiecznie płaczące dziecko to dosyć oczywiste odwołanie do lynchowskiej Głowy do wycierania (1977) i świadomy chwyt artystyczny, który jeszcze mocniej przybliża całość do horroru.

Combat Shock do dziś przytłacza ogromnym ładunkiem nihilizmu i obserwowalnej beznadziei. Jest niczym deliryczny koszmar, z którego nie możemy się obudzić, ale którego też nie chcemy za szybko przerywać, ponieważ zżera nas niezdrowa ciekawość, jakie jeszcze okropieństwo zaraz wyjdzie zza rogu.

Eksploatacyjny rodowód produkcji jest wyraźny w dość umownie zrealizowanych retrospekcjach wietnamskich. Zamiast gęstej dżungli otrzymujemy typowy amerykański lasek, w którym prędzej spotkamy rodzinę Griswaldów, niż członków komunistycznej partyzantki. Rick Giovinazzo to z całą pewnością nie Robert De Niro, choć w licznych momentach (gdy nie musi się odzywać) samym swoim wyglądem zdezelowanego stracha na wróbla nadrabia braki warsztatowe. Ścieżka dźwiękowa jego autorstwa to w dużej mierze całkiem chwytliwe syntezatorowe partytury, które jednak bardziej pasowałyby do B-klasowego akcyjniaka, aniżeli do B-klasowego dramatu psychologicznego.

Legendarny boss Tromy, sam Lloyd Kaufman, nazwał Combat Shock jedynym prawdziwym arcydziełem zrealizowanym przez jego wytwórnię. Nie wypada się z nim nie zgodzić, gdyż na tle innych produkcji, rozpoczynających się od napisu „A Troma Team Realese”, ten jest najbliższy do bycia określonym mianem po prostu dobrego kina, którego niedostatki techniczne jeszcze bardziej podkręcają surowość przekazu.

Nie dajcie się zwieść pierwotnemu plakatowi kinowemu, który obiecuje strzelaniny i wybuchy. To tylko zagranie w stylu Rogera Cormana, które ma sprawić, że nastawimy się na radosną podróbkę Rambo, a w rzeczywistości dostaniemy kawał dogłębnie pesymistycznego filmu, po seansie którego jeszcze długo będziemy dochodzić do siebie.

Antoni Urbanowicz

Absolwent filmoznawstwa, entuzjasta popkultury lat 70. i 80. oraz
maniakalny kinofil, którego gust filmowy rozciąga się od z-klasowych
śmieci po światowe arcydzieła.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.