Color Out of Space (2019). Neonowa zaraza

Richard Stanley ma pecha do przemysłu filmowego. Wprawdzie zarówno Hardware (1990), jak i Dust Devil (1992) to dziś pozycje kultowe, ale trzeci pełnometrażowy projekt, ekranizacja Wyspy doktora Moreau H.G.Wellsa, nigdy nie została przezeń ukończona. Skłócony z producentami reżyser został wywalony z planu i zastąpiony weteranem Johnem Frankenheimerem, czego owocem była rozkoszna szmira z Marlonem Brando i Valem Kilmerem. Przez następne dwie dekady Stanley mógł co najwyżej liczyć na realizację krótkich metraży, a fani jego skromnego dorobku stracili nadzieję, iż kiedykolwiek zobaczą kolejną fabułę jego autorstwa. W 2013 twórca z RPA niespodziewanie obwieścił, że przygotowuje adaptację opowiadania H.P. Lovecrafta Kolor z przestworzy. Chęci chęciami, ale nikt specjalnie nie kwapił się z wyłożeniem funduszy. Z pomocą przyszła firma produkcyjna Elijaha Wooda SpectreVision. W ślad za tym poszła kluczowa decyzja castingowa: główną rolę objął Nicolas Cage, a projekt zaczął nabierać realnych kształtów. Color Out of Space swoją premierę miał we wrześniu 2019 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, a następnie wszedł do limitowanej dystrybucji w amerykańskich kinach, zbierając przychylne recenzje od krytyki.

Tyle słowem wstępu, chciałoby się napisać: Stanley wrócił w glorii i chwale. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. W skrócie: seans można porównać do pierwszego odsłuchu wydawanego przez 15 lat Chinese Democracy (2008) Guns N’ Roses (przez niektórych określanego po prostu jako „solowy debiut Axla Rose’a). Oczekiwania wygórowane do maksimum vs. szara, bura rzeczywistość. Niby wszystko na pierwszy rzut oka gra i buczy, ale jednak jest niedosyt i sprzeczne uczucia. Pod względem fabuły, Stanley jest raczej wierny pierwowzorowi, dodaje jednak od siebie – mniej lub bardziej trafione, o czym zaraz – elementy. Niestety, podobnie jak wielu przed nim, którzy próbowali, nie udaje mu się uchwycić ducha lovecraftowskiej prozy. Otrzymujemy więc odpicowany (może za bardzo?) horror science-fiction, który wprawdzie wciąga i ładnie wygląda, ale też niczym specjalnie nie zaskakuje.

Postępujący rozkład (dosłowny i w przenośny) familii Gardnerów na papierze autentycznie przerażał i budził obrzydzenie. Tutaj przekłada się głównie na… postępujący obłęd bohatera odtwarzanego przez Cage’a. Jaki Cage jest, każdy wie – niektórym jego szarża pasuje, innym nie. Warto mieć to na względzie przystępując do seansu. Ja tam faceta zawsze lubiłem, a w Color jest, jak na swoje standardy, i tak względnie opanowany, więc w moim przypadku nie odbiło się to na ogólnym odbiorze całości, słyszałem jednak głosy, że na niektórych pokazach widownia ryczała ze śmiechu (pisał o tym zresztą nasz naczelny, Marcin Zembrzuski w notce z pokazu na festiwalu w Londynie) w trakcie napadów szału ojca rodziny. Reszta obsady w sposób naturalny stanowi więc głównie tło dla ekstrawertycznych popisów gwiazdy przedsięwzięcia, z wyłączeniem wcielającej się w córkę Lavinię Madeleine Arthur, która w zasadzie jest tu główną bohaterką i ostoją rozsądku.

Od strony wizualnej Stanley nie wyłamuje się z obecnej mody: tytułowy kolor to neonowy róż, w jakim z miejsca zakochaliby się Gaspar Noé czy Nicolas Winding Refn. Inne skojarzenie, które narzuca się wręcz samo, to Panos Cosmatos i jego Mandy (2018): zarówno kolorystyka, jak i szarże Cage’a przywołują to odjechane filmowe doznanie. I niby owe skojarzenia to nie zarzuty sensu stricto, bo szlachetne inspiracje to nic złego, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że wizja Stanleya jest nieco wtórna – za mało „stanleyowska”, a za bardzo przezroczysta. Próżno w każdym razie szukać tu zawadiackiego sznytu spod znaku takiego Hardware, dużo jest za to „obcych” wpływów i chwytów podpatrzonych u innych. Pójściem na łatwiznę określiłbym też design istot przemienionych przez kosmiczną zarazę – to czysta kalka z Coś (1982) Carpentera, która wprawdzie wprowadza do całości element oślizgłego body horroru, ale jest też odtwórcza i nieprzekonująca. Sam moment „przemienienia” matki i syna na kilometr zaś zalatuje kiczem i odbiera późniejszej patowej sytuacji część jej powagi.

Nie chcę jednak narzekać za dużo, bo wcale nie jest tak, że to obraz nieudany, w całości zbudowany z klisz, że nie było tak naprawdę na co czekać. Pomimo transparentnego niemal stylu, Stanleyowi udało się wykreować całkiem mocarną atmosferę paranoi i zagrożenia. W akcji nie ma zbędnych przestojów, historia biegnie płynnie, a napięcie budowane jest z konsekwencją. Nie jest to wymarzona ekranizacja Lovecrafta (o ile stworzenie takowej jest w ogóle możliwe), ale jest to zarazem najlepsza ekranizacja Koloru z przestworzy spośród dotychczasowych (choć miłośnikom dorobku samotnika z Providence, którym niestraszny jest niski budżet gorąco polecam wcale udane Die Farbe z 2010 roku). Jeśli pociągnąć dalej karkołomne porównanie z Chinese Democracy – to bardzo nierówny album, który ma jednak naprawdę fajne momenty i do którego chętnie wracam. I taki też jest Color: nierówny, ale wciąż ma sporo do zaoferowania entuzjastom kina grozy i skutecznie rozbudza apetyt na więcej. Czas pokaże czy ten comeback Stanleya to tak „na stałe” czy tylko chwilowo.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.