Cicha noc, śmierci noc (1984). Siekiera zamiast rózgi

Wypuszczone na ekrany w 1974 roku Czarne Święta Boba Clarke’a powszechnie uznawane są za jednego z protoplastów gatunku slashera i główną inspirację dla powstania słynnego Halloween (1978) Johna Carpentera. Co ciekawe, mimo że slasherowa konwencja w dużej mierze świątecznymi klimatami maści wszelakiej stoi (by wymienić tylko takie tytuły, jak Piątek 13. [1980], Moja krwawa walentynka [1981] czy Blood Rage [1987]), to motyw samej Gwiazdki jako tła dla krwawej szarży psychopaty nigdy nie zdobył sobie szczególnej popularności. Owszem, na przestrzeni lat pojawiały się różnorakie horrory osadzone w okresie Bożego Narodzenia (vide: Silent Night, Bloody Night [1972], Don’t Open Till Christmas [1984]), jednak w większości przypadków były to produkcje niskobudżetowe, które nie miały szansy przebić się do mainstreamowej świadomości. Najbliżej osiągnięcia tego celu była Cicha noc, śmierci noc, obraz nakręcony równe dziesięć lat po premierze klasyka Clarke’a.

Opowieść rozpoczyna się od przysłowiowego trzęsienia ziemi: podróżująca samochodem familia zatrzymuje się na środku pustkowia, by pomóc mężczyźnie w kostiumie Świętego Mikołaja. Przebieraniec okazuje się rzezimieszkiem, który brutalnie morduje kierowcę i jego małżonkę. Całemu zajściu przypatruje się z ukrycia ich pięcioletni syn Billy. Chłopiec trafia następnie do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne. Surowa matka przełożona stosuje kontrowersyjne metody wychowawcze, mające na celu „wyprostowanie” psychiki sieroty, jednak trauma wciąż pozostaje żywa i szczególnie nasila się w okolicy Gwiazdki. Mijają lata, Billy jest dobrze odżywionym, wysportowanym młodzieńcem i właśnie podejmuje swoją pierwszą pracę w sklepie z zabawkami. Wszystko zdaje się zmierzać ku lepszemu, nadchodzą Święta, interes kręci się wzorcowo, aż tu pewnego dnia właściciel firmy proponuje chłopakowi przywdzianie kostiumu Świętego Mikołaja…

Film Charlesa E. Selliera powstał na fali oszałamiającej popularności slasherów z pierwszej połowy lat 80. I choć jasne jest, że jego nadrzędnym zadaniem była próba zdyskontowania sukcesu swych co bardziej kasowych poprzedników, to trzeba też mu oddać, że umiejętnie wykorzystuje w tym celu gatunkowe klisze. Rozbudowany wstęp z małoletnim Billym stara się przybliżyć nam zwichrowaną psychikę dziecka, stawiając go w centrum wydarzeń, w odróżnieniu od większości klasyków nurtu, gdzie na pierwszym planie mamy z reguły nastolatki z buzującymi hormonami, które następnie są metodycznie szlachtowane przez zamaskowanego zabójcę. Wprawdzie mętna psychologia w tym przypadku prędzej bawi, aniżeli przejmuje, jednak twórcy mimo wszystko próbują poddać zło racjonalnym wytłumaczeniom. Dalej idą zresztą szlakiem wytyczonym przez zgoła niedocenione, acz kultowe w pewnych kręgach Świąteczne zło (1980), czyniąc z bohatera samozwańczego mściciela w przebraniu. Wystarczy zastąpić ironię krwawą groteską i hit – wydawałoby się – murowany!

Cicha noc, śmierci noc ostatecznie padła jednak ofiarą agresywnej kampanii reklamowej, która była ciężka do przełknięcia przez ułożonych przedstawicieli amerykańskiej klasy średniej. Plakaty i telewizyjne spoty z morderczym Mikołajem odbiły się szerokim echem w całych Stanach, wywołując oburzenie u zatroskanych rodziców, którzy ów wizerunek uznali za obraźliwy. W momencie premiery przed kinami ustawały się pikiety z transparentami nawołującymi do bojkotu (niektórzy z protestujących śpiewali również kolędy, aby odpędzić czarta!). W obliczu kontrowersji, odpowiedzialna za dystrybucję wytwórnia TriStar zdecydowała o zdjęciu filmu z ekranów po zaledwie tygodniu wyświetlania (ciekawostka: w pierwszy weekend obraz Selliera zdążył zarobić więcej, niż debiutujący w tym samym czasie Koszmar z ulicy Wiązów Cravena). Oliwy do ognia dolewali zresztą również recenzenci, dopatrujący się w przedstawionej historii przejawu upadku moralności (do grona najgłośniej wzywających do linczu należeli zresztą Gene Siskel i Roger Ebert). Zamiast hitu skończyło się więc na wielkiej chryi, z jeszcze raz triumfującymi przedstawicielami „jedynie słusznego społeczeństwa”.

Mimo wszystko, Cicha noc zdołała sobie zyskać pewnego rodzaju sławę, co przełożyło się w latach kolejnych na status filmu kultowego. Pomysł z obłąkanym Świętym Mikołajem, który (nomen omen) strzeże osobliwie pojmowanej moralności przy pomocy siekiery, był zbyt chwytliwy aby po prostu odejść w niepamięć. Umięśniony Billy z wściekłym grymasem na twarzy wykrzykuje dobitne „Punish!!!” za każdym razem, gdy ktoś zachowa się niekulturalnie lub nieobyczajnie. Dekapituje złośliwych osiłków i nadziewa na jelenie poroże rozwiązłe dzierlatki (a konkretnie jedną, w którą wciela się zwyczajowo niekompletnie odziana scream queen Linnea Quigley). Nie ma się zresztą co okłamywać: eksploatacyjny kontekst opowieści służy tu za główny wabik, w obliczu którego nawet przeciętne walory realizacyjne czy brak jakiegokolwiek pola do refleksji tracą na znaczeniu. Dostajemy dokładnie to, czego oczekiwaliśmy, tj. okraszony porządnie wykonanym gore slasher z jakże bliskim większości odbiorców duchem Bożego Narodzenia w tle. Trzeba być doprawdy Scrooge’em, aby odebrać złaknionej „wstydliwych przyjemności” widowni możliwość obcowania z taką wysokokaloryczną i ubogą w składniki odżywcze rozrywką.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.