Charles Band, mon amour

Charles Band to z całą pewnością jedna z najciekawszych postaci w amerykańskim przemyśle filmowym. Producent i reżyser, który nieprzerwanie od siódmej dekady dwudziestego wieku walczy o swój kawałek tortu i oferuje widzom na całym świecie rozrywkę w postaci niezliczonych filmów grozy, sci fi czy fantasy. Rozrywkę tanią i, jak zapewne wielu stwierdzi, straszliwie tandetną. Jednak przez lata istnienia na rynku Bandowi udało się osiągnąć rzecz niezwykłą i zarezerwowaną dla nielicznych. Wychował on bowiem całe pokolenie wiernych fanów, dzieciaków chętnie zaglądających do wypożyczalni VHS, które ciągnęło do filmów równie magicznych, co, w pewnym wieku, nieodpowiednich. I nie wiem jak Wam, ale mi właśnie działalność Charlesa Banda kojarzy się mocno z dzieciństwem: pierwszym magnetowidem, pożyczaniem sobie nawzajem kaset i oglądaniu horrorów w tajemnicy przed mamą. Dlatego też postanowiliśmy, że poniższa wyliczanka idealnie nada się właśnie na Dzień Dziecka. Redakcja Kinomisji, w towarzystwie dwóch gości: Kamila Rogińskiego (Drugged By Movies, ale przecież już go doskonale znacie) i Krzysztofa Korsarza Bilińskiego (Misterium Grozy i Wydawnictwo IX) postanowiła przyjrzeć się filmom Banda (zarówno tym przez niego wyprodukowanych jak i wyreżyserowanych), które na przestrzeni lat były wydawane pod takimi banderami jak Charles Band Productions, Empire Pictures czy Full Moon Entertainment i wybrać spośród nich kilka niezwykłych perełek.

Piotr Kuszyński


1978 – Laserblast (reż. Michael Rae) – Oskar Dziki

Charles Band był dla kina lat 80. i 90. dokładnie tym, kim dwie dekady wcześniej był Roger Corman. Jednak na długo przed tym, jak jego wytwórnia Fullmoon zasłynęła z taśmowej produkcji niskobudżetowych horrorów, Band wraz z ekipą pracował pod banderą Irwina Yablansa nad mikro-budżetowym horrorem Promień lasera (z ang. Laserblast). Ta pocieszna ramotka, w całości nakręcona na kalifornijskiej pustyni, gości często na listach „najgorszych filmów wszechczasów” oraz żyje w świadomości kinomanów za sprawą licznych memów. Ale czy rzeczywiście jest to produkcja aż tak nieudana? Oczywiście w konwencjonalnym tego słowa znaczeniu nie trudno się z tym nie zgodzić. Historia jest głupia, jak przysłowiowe kilo gwoździ, aktorzy grają z manierą szkolnego teatrzyku, a całości zdecydowanie brakuje konkretnego kierunku. Jednak pomimo widocznych braków, jest to zabawny i przede wszystkim szczery film, który kupi serca wszystkich fanów B-klasowego kina Science Fiction oraz animacji poklatkowej. Po prologu, w którym humanoidalne monstrum zostaje ubite przez dzierżących blastery kosmitów, będących skrzyżowaniem E.T. z dinozaurem, poznajemy Billy’ego (Kim Milford). Jest to w gruncie rzeczy porządny chłopak, będący w związku z Kathy (Cheryl Smith), dziewczyną dzielącą mieszkanie ze swoim ekscentrycznym dziadkiem, ex wojskowym. Choć zlokalizowane pośrodku pustkowia miasteczko szczyci się raczej niskim stopniem zaludnienia, Billy wciąż nękany jest nie tylko przez prowincjonalnych gliniarzy, ale też bandę lokalnych zbirów. Po ucieczce na pustynie, zapewne w celu wypicia kilku głębszych, chłopak odnajduje futurystyczną broń oraz naszyjnik noszony przez wcześniejszą ofiarę gadopodobnych istot. Promień Lasera to przede wszystkim animacje poklatkowe autorstwa Randalla Williama Cooka, które fani horroru mogą znać z pracy nad Wrotami (1987) czy I, Madman (1989). Obcy wyglądają jak pozbawione skorupy żółwie a używany przez nich język i poziom szczegółów, świadczą o staranności, jaką twórcy włożyli w swój film. Choć dziurawa jak szwajcarski ser historia posiada kilka naprawdę męczących dłużyzn, jak całkowicie przypadkowy wątek „man in black”,  tak wybuchowy finał potrafi wymalować na naszej twarzy prawdziwy uśmiech!


1979 – Pułapka na turystów (reż. David Shmoeller) – Marta Płaza
Film Schmoellera z jednej strony wciąż czerpie z bogatej historii amerykańskich filmów lat 70 (z Teksańską Masakrą Piłą Mechaniczną na czele), z drugiej zaś stanowi barwną zapowiedź krwawej vendetty na wyzwolonych amerykańskich nastolatkach, która miała rozpocząć się już niedługo. Największym jego problemem zdaje się być jednak fakt, iż miał pecha powstać na rok przed Piątkiem trzynastego Seana S. Cunninghama. W efekcie, o nim mało kto już dziś pamięta, a film Cunninghama, wbrew zdrowemu rozsądkowi, stał się prawdziwym hitem, odpowiedzialnym za wybuch slasherowej epidemii. A szkoda, bo Pułapka… wyprodukowana przez Charlesa Banda, to jeden z najciekawszych przedstawicieli nurtu. Historia rozpoczyna się dość standardowo. Oto grupka nastolatków wybiera się w podróż po amerykańskich rubieżach. Psuje się samochód, opona przebita – wiadomo trzeba udać się, koniecznie w pojedynkę, do najbliższego miasteczka po pomoc. Horrorowa ikonografia nauczyła nas, że taki obrót spraw, nie przynosi niczego dobrego i tak też dzieje się tym razem! Młodzież trafia do osobliwego muzeum, prowadzonego przez tajemniczego pana Slausena. Główną atrakcją są tu woskowe kukły odgrywające przeróżne scenki z dość niechlubnej historii amerykańskiego południa. Gdy nasi bohaterowie spostrzegą, że figury wyglądają zadziwiająco naturalnie, będzie już za późno! Wbrew temu, co sugerować może fabuła, Pułapka na turystów stawia bardziej na tajemniczy klimat, prosto z obskurnego zadupia, niż konkretny bodycount. Morderca preferuje długotrwałe tortury psychiczne niż krwawe zarzynanie. Trup co prawda się pojawia, ale częściej opatrzony ciekawą stylizacją, niż solidnym zalewem juchy. Atmosferę grozy punktuje dodatkowo pomysłowa muzyka Włocha Pino Donaggio. Dzięki niej  całemu filmowi bliżej jest do klimatu takich filmów jak chociażby Młyn kamiennych kobiet (1960) czy Gabinet figur woskowych (1953), niż późniejszych, krwawych slasherów. Całość, do spółki ze świetną scenografią (szczególnie wygląd muzeum i manekiny) to znakomity ukłon w stronę klasycznych horrorów, jak i zapowiedź nowej ery, mało subtelnych morderców.

1984 – Ghoulies (reż. Luca Bercovici) Antoni Urbanowicz

Widzicie powyższy plakat? Zapowiada się kolejna sympatyczna podróbka Gremlinów, co nie? Śmieszny potworek, śmieszny tagline i kibel na dodatek. Fantastyczna kompozycja graficzna. A czy teraz słyszycie klaskanie? To Roger Corman klaszcze na cześć Charlesa Banda. Otóż mamy tu do czynienia z klasycznym cormanowskim trikiem promocyjnym, czyli bezwzględną zmyłką. Niejeden dzieciak w latach 80-tych musiał być dogłębnie skonfundowany podczas porównania okładki do zawartości taśmy VHS. Tytułowe stwory ghoulies pojawiają się dopiero w ostatnim akcie filmu i właściwie to nie mają za wiele do roboty. Filmowi zdecydowanie bliżej do horroru okultystycznego niż komedii grozy. Oznacza to, że humoru też tutaj jak na lekarstwo, chyba że raczej niezamierzonego. Nie oznacza to jednak, że hipotetyczny dzieciak z lat 80-tych nie bawił się tutaj przednio, zwłaszcza jeśli oglądał ten film z kolegami i raczył się skrętami, które skradł z pokoju starszego rodzeństwa. Nie ma co się oszukiwać, Ghoulies to niebywale marna produkcja, choć z tej szlachetnej rodziny B-klasy, w której wady stają się swoistymi zaletami. Efekty animatroniczne to żart, podobnie zresztą jak aktorstwo. Scenariusz zaś jest na tyle kuriozalny i nonsensowny, że powoduje odpłynięcie filmu w dosyć surrealistyczne rejony. Poza drętwym początkiem, ogląda się to zaskakująco przyjemnie, choć jest to przyjemność z rodzaju tych grzesznych. Aż dziw bierze, że Ghoulies stał się hitem kasowym i spłodził franszyzę, w której skład weszły aż trzy sequele, a w Nowym Jorku udało mu się prześcignąć samego Rambo 2 (1985)! Co prawda tylko na jeden weekend, ale to i tak gigantyczny sukces, biorąc pod uwagę jakość filmu. Widać reklama zaiste jest dźwignią handlu.


1985 – Re-Animator (reż. Stuart Gordon) – Krzysztof Korsarz Biliński

Pierwszym obrazem filmowym, który mnie przeraził, był Thriller Michaela Jacksona. Miałem wtedy raptem kilka lat, interesował mnie kosmos, rycerze i opowieści o duchach. Skąd się to we mnie wzięło, nie mam pojęcia. Racjonalne czasy PRL-u nie sprzyjały… a może sprzyjały wyobraźni? Kilka lat później moi rodzice i wujkowie oglądali The Return of the Living Dead Dana O’Bannona. Kiedy z drugiego pokoju podglądałem (bo rodzice oczywiście mi zabronili, ale nieskutecznie), jak dwójka bohaterów nie może sobie poradzić z ożywionym trupem, mój młody umysł nie był w stanie ogarnąć, jak to jest, że nie można czegoś zabić. Zaowocowało to straszną kilkudniową traumą i zapewne dlatego po dziś dzień tematyka zombie stanowi dla mnie swoisty ewenement, o którego mocnych, ale częściej słabych stronach, zdaję sobie sprawę. Re-Animatora obejrzałem jakoś na początku lat 90. Wtedy też ukazały się na rynku dwie książki, wydane przez As Editor: W górach szaleństwa oraz Przypadek Charlesa Dextera Warda. Tym samym Howard Philips Lovecraft pojawił się w kręgu moich zainteresowań. Wypożyczając film na kasecie VHS, nie znałem jeszcze książek, ale widząc nazwisko, kojarzyłem ze sobą pewne fakty. Dziś z perspektywy czasu wiem, jak mało miały wspólnego ekranizacje Stuarta Gordona i Briana Yuzny z twórczością mistrza grozy… ale wiem też, jak mocno mogły pomóc w promocji legendy tego pisarza i jak były wyjątkową recepcją jego twórczości. Wyobraźnia Lovecrafta była ogromna, eksplorowała wiele zagadnień, które były dla wnikliwego człowieka tajemnicze i fascynujące. Wyobraźnia wspomnianego duetu również była wyjątkowa na tle wszystkich produkcji horroru tamtych lat, co widać po ciągłych odniesieniach do zrealizowanych przez nich filmów. Sama ekranizacja Re-Animatora, ukazująca się w tym samym roku co Return of the Living Dead, zdaje się jednak bliska owemu filmowi o zombie. Dojrzały uczestnik popkultury z łatwością dostrzeże komediowy charakter obrazu Gordona, który znakomicie mieści się we wzorcu lat 80. Wątek młodzieżowy jest tu wręcz typowy dla filmów klasy B. Samo przywracania zmarłych do życia od początku ma charakter absurdalny, który nie spodoba się miłośnikom kotów, ale tych dobrych kilkadziesiąt lat temu było to owszem atrakcyjne Oglądając ten film obecnie, myślę, że jest to obraz, który próbę czasu przetrwał, stał się w pewien sposób kultowy. Stworzył zupełnie nowego Re-Animatora. Tak jak obecnie Cthulhu pojawia się w tysiącach memów, Re-Animator pojawił się nawet w światku filmów porno jako Re-penetrator ze swoją nową gwiazdą Joanną Angel. To świadczy o jego niesamowitym potencjale popkulturowym, na który ja również „dałem się nabrać” i do dziś z ogromną przyjemnością wracam do tego szalonego filmu.


1985 – Trancers (reż. Charles Band) – Michał Mazgaj

Poznajcie Jacka Detha (Tim Thomerson), kliszowego, wręcz stereotypowego zmęczonego detektywa, który żyje w oświetlonej neonami i jarzeniówkami metropolii przyszłości i poluje na tytułowych Trancerów – zombie-niewolników niejakiego Martina Whistlera (Michael Stefani). Whitler planuje przenieść się w czasie, by zlikwidować przodków Rady Miasta Aniołów (dawnego Los Angeles), tym samym przejmując nad miastem kontrolę. Jak się nietrudno domyślić, tylko Deth stoi mu na drodze, a pomoże mu młodziutka Helen Hunt, w roli Leny – typowej w gruncie rzeczy „dziewczyny stąd”. I jeżeli ktoś doszedł do wniosku, że brzmi to wszystko jak zrzynka z Łowcy Androidów (1982) i Terminatora (1984), to w gruncie rzeczy będzie mieć rację. Nie bez kozery jednak Trancers stało się jedną ze sztandarowych produkcji Full Moon/Empire Pictures – jego urok polega nie na tym, że jest zrzynką, lecz na tym jak Charles Band postanowił zrzynać i o co te zapożyczone elementy uzupełnił. A mamy tu do czynienia z całkiem zgrabnie napisanym niskobudżetowym filmie, który wszelkie braki postanowił nadrabiać… absurdem. Co prawda nie na tyle dosadnym, by wytrącił widza z równowagi, ale na tyle odważnym, by wywołać szczere rozbawienie. Obok takich konceptów jak podróż w czasie za pomocą serum przenoszącego świadomość człowieka do ciała jego przodka uświadczymy także całkowite olewanie jakichkolwiek zasad kontinuum czasoprzestrzeni. I oglądając to trudno nie odnieść wrażenia, że te wszystkie głupotki były całkowicie zamierzone i twórcy musieli mieć pełną świadomość co robią. I tak, to bardzo ryzykowne podejście (żeby nie powiedzieć, że nie miało prawa się udać), ale opłaciło się – Trancers doczekało się jeszcze pięciu kontynuacji, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych pozycji w filmografii Full Moon i jednym z kultowych filmów w ogóle. Jak pisałem swego czasu w swojej retrospektywie całej serii: „Trancers to film z wyjątkowym „duchem”. Jest konsekwentny w tym co robi, nawet jeśli jest to absurdalne. Bywa tanie, naiwne, absurdalne, a jednak potrafi uczynić z tego swój atut. To głupawa historia, która napisana i zagrana została zaskakująco dobrze. Nie zapomina o tym czym jest i czerpie z tego frajdę. Wymaga przymrużenia oka, ale zapewnia bardzo dużo zabawy.”


1986 – From Beyond (reż. Stuart Gordon) – Krzysztof Korsarz Biliński

Rok po nakręceniu Re-Animatora duet Gordon & Yuzna kolejny raz sięga po inspiracje Lovecraftem i tym razem jest to krótkie opowiadanie From Beyond. Na dobrą sprawę nie mamy do czynienia ze szczególnie wybitnym tekstem mistrza grozy, ale też dla samego filmu stanowi on tylko pewną podstawę. Historia szalonego naukowca i jego tajemniczego, budzącego grozę wynalazku nie była niczym nowym już w 1920 roku, z którego pochodzi opowiadanie. Zresztą ono samo przedstawia tylko pewne założenie, że odpowiednio skonstruowany przyrząd może pobudzić w człowieku uśpione, skarłowaciałe organy zmysłowe, pozwalające dostrzec to, co ukrywa się poza naszą rzeczywistością. Współczesna wersja filmowa, podobnie jak w Re-Animatorze, dopisuje do całej historii elementy makabrycznej i poniekąd perwersyjnej wyobraźni autorów obrazu. To, co u Lovecrafta pozostaje w domyśle, czyli tragiczne w skutkach spotkanie z istotami „z poza”, na ekranie przybiera charakter dosłownej makabry, łączącej się mocno z cielesnym horrorem ( choćby scena walki dwóch naukowców w finale filmu). Nie wiem, na ile trafne są moje skojarzenia, ale w wytwórni Empire pojawiały się również filmy na podstawie twórczości Clive’a Barkera, skąd do cielesnego horroru już tylko krok. Stuart Gordon w From Beyond postawił na to, żeby klimat grozy Lovecrafta przybliżyć współczesnym odbiorcom popkultury, których mniej kręciły niewyjaśnione zagadki, a bardziej wizualna uczta, gdzie elementy gore (upiorna deformacja ciała, śluz, krew) oraz seksualnej perwersji BDSM łączą się w ten zakazany związek seksu i śmierci, który elektryzuje wielu miłośników horroru. Choć sam film nie ma w sobie takiej wyjątkowości jak Re-Animator i bardziej przypomina typowy horror z lat 80., myślę, że dla popularyzacji Lovecrafta we współczesnych mediach zrobił, co trzeba. Tak naprawdę zachował wszystkie elementy właściwe twórczości Samotnika z Providence. Szalony naukowiec, tajemny wynalazek, groźne istoty z innego wymiaru, samotny dom na uboczu, gdzie rozgrywa się tragedia a nawet szaleństwo ogarniające główną bohaterkę, w której historię i tak nikt by nie uwierzył. Wszystko to jest, a nad tym unosi się wspomniana wizja młodych twórców, którzy dodają krótkiej opowieści From Beyond swoistej współczesnej pikanterii.


1986 – Krwawy nałóg (reż. David Schmoeller) – Michał Mazgaj

Karl Gunther (Klaus Kinski) jest potomkiem nazistowskiego oficera, byłym lekarzem i stuprocentowym psychopatą. Pracując w szpitalu doprowadzał do śmierci swoich pacjentów, obecnie prowadzi hotel dla młodych kobiet i wyczekuje okazji do popełnienia kolejnego morderstwa. Zabijanie bowiem, jak twierdzi sam Gunther, stało się jego uzależnieniem. W wolnym czasie opowiada historię swojego życia uwięzionej przez siebie i pozbawionej języka Marcie (Sally Brown), pisze pamiętnik i godzinami obserwuje swoje współlokatorki dzięki przewodom wentylacyjnym. Po każdym popełnionym morderstwie natomiast gra w rosyjską ruletkę. Po filmie Davida Schmoellera można oczekiwać, że będzie to kolejny nasączony kiczem, utrzymany w klimacie lat 80-tych slasher, jednak Krwawy nałóg jest czymś zgoła odmiennym. Jest to bardzo oszczędny i powolny dreszczowiec, w którym morderstwa odbywają się poza ekranem, a krew i nagość są niemalże nieobecne. W centrum uwagi jest grany przez Klausa Kinskiego Gunther – to jego poczynania, prowadzone przezeń studium własnego obłędu będziemy obserwować przez większość czasu. Fascynuje go bowiem nie tylko sam proces umierania, ale także sensacje związane z mordowaniem, które niegdyś opisywał jego ojciec. Reszta postaci stanowi w zasadzie tylko tło i dowiadujemy się o nich tylko tyle, ile podpatrzy główny bohater. Za jedyny poważniejszy mankament całości można uznać finał – dość mocno zakrapiany groteską, a przez to stojący w kontraście ze stonowaną resztą filmu. Poza tym, jest to moment, w którym Gunther wpada w prawdziwy szał zabijania… bez konkretnego powodu. I choć rozumiem tu chęć reżysera do zostawienia na sam koniec czegoś wstrząsającego, tak wcielone to w życie mogło zostać znacznie lepiej. Mimo tego wszystkiego Krwawy nałóg jest na tyle przyjemnym i sprawnie budującym napięcie dreszczowcem, że powinien zadowolić niejednego wielbiciela grozy.


1987 – Enemy Territory (reż. Peter Manoogian) – Wongo

Nietypowa pozycja wśród filmów naznaczonych producencką ręką Charlesa Banda, jak również tych wyreżyserowanych przez regularnie z nim współpracującego Petera Manoogiana. Ten ascetyczny i chropawy bękart Wojowników (1979) Waltera Hilla stylistycznie wydaje się przynależeć do poprzedniej dekady, a nawet może budzić skojarzenia z wczesną filmografią Johna Carpentera – z okolic Ataku na posterunek 13 (1976). Nie znajdziemy tutaj lateksowych potworów, animacji poklatkowej, ani elementów szeroko rozumianej fantastyki. Scenariusz Stuarta Kaminsky’ego, odpowiedzialnego za dodatkowe dialogi do Dawno Temu w Ameryce (1984)  Sergia Leone, celuje w „uliczny realizm” i zasadza się na prostym pomyśle. Młody agent ubezpieczeniowy (Gary Frank), celem dopięcia pewnej sprawy zawodowej, trafia do zaniedbanego blokowca w podłej dzielnicy. A dokładniej: opanowanej przez kolorowe grupy przestępcze strefy „no-go”, gdzie nie powinien się pokazywać żaden białas, bo utrata portfela to najłagodniejsze, co może go spotkać. Nic więc dziwnego, że bohater szybko popada w konflikt z czarnym gangiem „Wampirów” pod dowództwem psychopatycznego osobnika o ksywie The Count (Tony Todd w jednej z swych pierwszych ról). „Wampiry” to tylko mająca budzić grozę nazwa, żadnych nadprzyrodzonych motywów tutaj nie uświadczymy, niemiej szanse przetrwania do świtu w odciętym od świata budynku wydają się być zerowe. Z pomocą nierozgarniętemu japiszonowi przychodzi pewien łebski pracownik firmy telekomunikacyjnej, czarnoskóry Will (Ray Parker Jr, dziś najbardziej chyba pamiętany jako wykonawca tytułowej piosenki do Pogromców Duchów (1984)). Resztę prostej – acz sprawnie opowiedzianej – fabuły wypełniają gonitwy wśród labiryntu klaustrofobicznych korytarzy (z pulsującym elektronicznym soundtrackiem w tle),  starcia z bandytami i spotykania kolejnymi, nierzadko mocno ekscentrycznymi, lokatorami bloku. Prym wiedzie Jan-Michael Vincent w roli endemicznego białego mieszkańca i zarazem jedynej osoby, której obawiają się „Wampiry”. Odtwarzany przez niego kaleki weteran zamienił swe mieszkanie w istny bunkier – więc nie tylko wygłosi godny Johna Rambo monolog na temat parszywego losu dotykającego wracających z Wietnamu chłopców, ale nie omieszka również zrobić użytku ze zgromadzonych kilogramów ołowiu… Jako ciekawostkę z annałów rodzimego rynku video warto nadmienić, że film był dystrybuowany przez Imperial Entertainment jako Chains 3: Wrogi obszar, czyli rzekoma trzecia odsłona powstałych 2 lata później (sic!) Łańcuchów (1989) Rogera J. Barskiego.


1987 – Prison (reż. Renny Harlin) – Kamil Rogiński

Rok przed Nightmare on Elm Street 4: The Dream Master (1988) reżyser Renny Harlin wzbogacił zróżnicowaną filmografię studia Empire Pictures o horror rozgrywający się w więzieniu. Pod mało odkrywczym tytułem Prison kryje się mała perełka, dobitnie pokazująca jak w latach 80 z polotem kręcono kino grozy na niewygórowanych budżetach. Akcja rozgrywa się w otwartym po 30 latach zapuszczonym zakładzie karnym, gdzie życie nowo przybyłym więźniom, strażnikom  i przede wszystkim, dyrektorowi, uprzykrza duch dawnego skazańca. Co daje pretekst do niejednej sceny mordu. Obok dusznego klimatu starego więzienia to właśnie kreatywne zgony stanowią o sile tej produkcji. Gdy w jednej ze scen ożywiony drut kolczasty zaczyna atakować nieszczęsnego strażnika, nie sposób pozbyć się skojarzeń ze starszym o zaledwie kilka miesięcy Hellraiserem i jego makabrycznym wykorzystaniem łańcuchów z hakami. Inspiracja ze strony ekipy w Empire: bardzo prawdopodobna. A co jest słabe w Prison? Grający głównego bohatera młody Viggo Mortensen, który na tle wesołej gromadki współwięźniów jest zupełnie wyprany z charyzmy i zdaje się nie chcieć otwierać zbyt szeroko gęby przy swoich kwestiach. Na szczęście to zaledwie detal, który nie kładzie się cieniem na fakt, że Prison to jedna z bardziej interesujących i godnych pozycji w ofercie Empire Pictures.


1988 – Cellar Dweller (reż. John Carl Buechler) – Caligula von Kömuda

W 30 lat po śmierci twórcy komiksów Colina Childressa (gościnny występ Jeffreya Combsa), do domu w którym umarł przybywa młoda, początkująca rysowniczka. Zafascynowana jego pracami, nieopatrznie przyzywa moce ciemności, które doprowadziły do zguby jej idola… Skromny horror, który dostarcza sporo frajdy. Stojący za kamerą John Carl Buechler zaledwie dwa lata wcześniej przedstawił widzom – również pod banderą Empire International – swego Trolla (tak, tak, chodzi o precedesora filmu Claudio Fragasso, często uznawanego za najgorszy film w historii), w Cellar Dweller znowu idzie w kierunku „potwornej” rozrywki w tanim wydaniu. Ożywiona bestia z kart komiksu traktowana winna być z przymrużeniem oka, podobnie jak cała historia. Mamy tu galerię przerysowanych (sic!) postaci, upiorną księgę, która budzi oczywiste skojarzenia z Necronomiconem i starą, poczciwą animatronikę. Całość trwa niewiele ponad godzinę, więc nawet mało odporni widzowie przebrną przez całość bez trudu. Co istotne, dołożono starań, aby pomieszanie światów komiksowego i rzeczywistego wypadło efektownie: ataki stwora są odpowiednio brutalne i dobrze korespondują z rysunkowymi wersjami wydarzeń. Do takiego Take on Me A-Ha wprawdzie daleko, ale każdy kto w dzieciństwie pasjonował się „historiami z dymkiem”, odnajdzie tutaj przytulny kąt. Z ciekawostek: jeszcze w tym samym roku, wzmiankowany Buechler popełnił Piątek trzynastego VII: Nowa krew i był to zarazem jedyny raz, kiedy ten twórca znalazł się tak blisko „mainstreamu”.


1988 – Sorority Babes in the Slimeball Bowl-O-Rama (reż. David DeCoteau) – Caligula von Kömuda

Trzech nerdów i dwie kandydatki do przyjęcia do bractwa studenckiego na misji specjalnej: mają włamać się w nocy do kręglarni i skraść stamtąd pewne trofeum. Jak się okazuje, przedmiot jest domem dla pewnego chochlika, który – niczym dżin – w zamian za uwolnienie obiecuje spełnić życzenia swych oswobodzicieli. Sęk w tym, że złośliwy stworek spełnia życzenia nieco na opak, przynosząc więcej kłopotów, niż pożytku… Obraz Davida DeCoteau (m.in. Creepozoids [1988], Puppet Master III: Toulon’s Revenge [1991]) został luźno oparty o klasyczną historię grozy z początków XX wieku pod tytułem The Monkey’s Paw autorstwa W.W. Jacobsa. Doskonale znana przestroga, brzmiąca „be careful, what you wish for…”, zyskuje tutaj oprawę niskobudżetowego horroru młodzieżowego. Mamy więc niezbyt elokwentnych bohaterów, których myśli krążą głównie wokół seksu, tandetną – ale przecież jakże ujmującą – animatronikę, odrobinę krwi i obowiązkową goliznę. Dość powiedzieć, że zawarta (w domyśle) w tytule filmu obietnica „guilty pleasure” zostaje spełniona. Owszem, przydałoby się może trochę soczystego gore, ale zważywszy że mamy do czynienia z konwencją na poły komediową, rzecz ma prawo cieszyć w takim, a nie innym kształcie. Miłośników kina grozy z lat 80. przyciągnie z pewnością fakt, że na ekranie można podziwiać trzy słynne scream queens: Linneę Quigley, Brinke Stevens oraz Michelle Bauer. Cała trójka spotkała się jeszcze w tym samym roku na planie innego niskobudżetowego horroru DeCoteau, Nightmare Sisters. W obu tytułach klimat jest zacny, a wspomniane „panie od krzyku” prezentują się okazale, toteż każdy szanujący się miłośnik ejtisów może (powinien?) sięgnąć.


1989 – Puppet Master (reż. David Schmoeller) – Marta Płaza

David Schmoeller ponownie o lalkach, tym razem tych mniejszego rozmiaru i … bardzo morderczych! Akcja filmu rozpoczyna się w hotelu Bodega Bay na Florydzie, w czasach II wojny światowej. Pewien lalkarz, niejaki Andre Toulon poznaje tajniki starożytnej, egipskiej formuły ożywania zmarłych w postaci…lalek. Tym niezwykłym odkryciem, ściąga na siebie uwagę oddziału nazistów, którzy zostają wysłani do hotelu, aby go zabić; Toulon uprzedzając wydarzenia, popełnia samobójstwo, zabierając swoją tajemnicę do grobu. 50 lat później, Neil Gallagher, znajduje pamiętnik lalkarza i postanawia odkryć jego sekrety. Zaprasza w tym celu do hotelu Bodega Bay swoich dawnych znajomych. Każdy z gości posiada nadnaturalne zdolności, mające pomóc w rozwiązaniu tajemnicy lalkarza. Przyjeżdżając na miejsce, zastają jednak tylko zwłoki gospodarza, który popełnił samobójstwo w bardzo tajemniczych okolicznościach. Już niedługo goście przekonają się, kto naprawdę rządzi w hotelu i do czego tak naprawdę jest zdolny, aby bronić swoich tajemnic. Nietrudno się domyślić, kto w takim filmie gra pierwsze skrzypce. Fabuła lubi się snuć, aktorzy w najlepszym wypadku grają przeciętnie, ale lalki, gdy już pojawiają się na ekranie, nigdy nie zawodzą. Lubią zabijać, śmiać się z ciebie i generalnie lubią być wredne. Każda jest unikatowa i znakomicie wykreowana. Mamy pannę Pijawkę, która lubi wypluwać z siebie zabójcze pijawki (świetnie animowane sekwencje), pana Wiertło, z wiertłem na głowie, którym lubi posługiwać się w walce z ofiarami, pana mięśniaka z wielkim ciałem i małą główką oraz crème de la crème lalkę Blade, uzbrojoną w nóż i hak, która jak wieść niesie, była wzorowana na ulubionym aktorze reżysera, czyli Klausie Kinskim. Dzięki tym niezwykłym bohaterom, pomysłowo wykorzystanej przestrzeni hotelowej oraz upiornej muzyce, skomponowanej przez Richarda Banda (brata Charlesa), Władcy Lalek można wybaczyć większość grzeszków.


1989 – Robot Jox (reż. Stuart Gordon) – Piotr Kuszyński

Zimnowojenne postapo z wielkimi robotami w tle serwowane przez maestro Stuarta Gordona. Kilkadziesiąt lat po nuklearnej zagładzie walczące ze sobą dwa mocarstwa opracowały nowy sposób toczenia wojen. Aby uniknąć niepotrzebnego rozlewu krwi wszelkie konflikty rozstrzygane są przez specjalnych gladiatorów, którzy walczą za pomocą olbrzymich bojowych mechów. Oczywiście, jak można by się spodziewać po klasie filmu, samych walk robotów nie ma tutaj znowu aż tak wiele, gdyż na więcej nie pozwolił (i tak spory jak na wytwórnię Empire)  wynoszący około 10 milionów dolarów budżet. Większość seansu więc oglądamy rywalizację, rozterki i przygotowania do bitwy głównych bohaterów, które same w sobie są całkiem solidną porcją b-klasowej rozrywki. Jednak ostatnie 20 minut to już istny miód na moje serce. To niesamowite jak wiele radości potrafiło sprawić mi oglądanie starcia animowanych poklatkowo modeli robotów i jedynie pozostaje mi mały żal, że nie odkryłem tego filmu gdy dorastałem. W końcu, Robot Jox jest jak mokry sen każdego dzieciaka, który wychował się na takich kreskówkach jak Generał Daimos (1978), czy Transformers (1984). Mielibyście jak w banku to, że gwałciłbym przycisk “rewind” aż do zerwania taśmy.


1990 – Crash and Burn (reż. Charles Band) – Wongo

“Crash and burn” to zawołanie pilotów sterujących wielkimi maszynami w Robot Jox (1989) Stuarta Gordona, a sam film bywa błędnie uważny za kontynuację wspomnianej produkcji. Przyczynił się do tego zresztą marketing – przykładowo: na polskim rynku obraz wyszedł jako Robot Jox 2: Crash and Burn (Dystrybucja: Imperial), dodatkowo kusząc odbiorców wizerunkiem robota na okładce. Widzów nastawionych na spektakl wypełniony starciami monstrualnych maszyn czekał jednak srogi zawód. Pojawia się tu wprawdzie w tle porzucony robot-gigant, ale pełni on funkcję podobną do tej przysłowiowej strzelby, która przez całą sztukę wisi na ścianie, tylko po to by wypalić na końcu ostatniego aktu. Akcja ma raczej klaustrofobiczny charakter i rozgrywa się głównie we wnętrzu położonej na odludziu stacji telewizyjnej. Wśród jej personelu znajduje się między innymi młodziutka Megan Ward oraz należycie obleśny Bill Moseley, który kradnie drugą połowę filmu. Jest też ukryty android o morderczo-lubieżnych zapędach (nie tylko skutecznie eksterminuje bohaterów, ale również nie omieszka obmacać pod prysznicem kształtnego biustu). Próba zdemaskowania ukrywającego się w ludzkiej powłoce mordercy owocuje nawet w pewnym momencie recyklingiem słynnej sceny testu krwi z Coś (1982) Johna Carpentera. Mamy więc tutaj do czynienia z kawałkiem może niespecjalnie intensywnej, ale całkiem sympatycznej śmiecio-pulpy, mocno wpisanej w pejzaż niskogatunkowego kina post-apokaliptycznego i równie taniego cyber punka ze złotych czasów VHS. Tych wszystkich tytułów, w których ujęcia pustynnych plenerów i pofabrycznych wnętrz wystarczały do stworzenia sugestywnej wizji dystopijnej przyszłości, a kawałek doklejonej blachy pozwalał przemienić aktora w morderczego cyborga. Myślę, że podobnie mógłby wyglądać wyprodukowany w tym samym roku Hardware (1990), gdyby wyszedł spod ręki Charlesa Banda, a nie Richarda Stanleya.


1991 – Subspecies (reż. Ted Nicolaou) – Kamil Rogiński

Trzy studentki, Michele, Lillian i Mara,  przyjeżdżają do rumuńskiego miasteczka Prejmer, aby studiować miejscową kulturę. Na miejscu stają się obiektem zainteresowania zdegenerowanego wampira znanego jako Radu. Z pomocą przyjdą im opiekun zabytkowego kościoła, Karl oraz żyjący w harmonii z ludźmi wampir Stefan. Pierwszy amerykański film kręcony w postkomunistycznej Rumunii jest zarazem początkiem kolejnego, obok Puppet Master i Trancers, flagowego dla studia FullMoon cyklu. Decyzja, aby nakręcić film w ojczyźnie krwiopijców, była strzałem w dziesiątkę i dała reżyserowi Tedowi Nicolaou dostęp do klimatycznych lokacji. Widz ze środkowej Europy może poczuć się swojsko i nostalgicznie, zwłaszcza że bohaterki poruszają się poczciwym Trabantem. Do osiągniętej skromnymi, ale efektownymi środkami atmosfery poza miejscem akcji dokłada się wygląd samego Radu. Grane przez duńskiego aktora Andersa Hove monstrum wyglądem nawiązuje do klasycznego Nosferatu, ale dodatkowo przefiltrowanego przez estetykę wczesnych lat 90, dając ikoniczny efekt. Najdziwniejszym elementem produkcji są małe golemy, przedstawiciele tytułowego podgatunku, które powstają z oderwanych palców Radu. Są one prawdopodobnie wynikiem obsesji Charlesa Banda na punkcie małych stworzeń biegających na ekranie i nie wnoszą zbyt wiele. Subspecies jest również niezamierzenie prorocze. Gdy w finale  Radu i Stefan  sięgają po miecze, widzimy pojedynek dwóch przedstawień wampira znanych w dzisiejszej kulturze masowej: żądnego krwi potwora i przystojnego, bladego adoratora nieprzemienionej kobiety. Pozostaje po cichu mieć nadzieję, ze Subspecies nie przyczyniło się w jakimś stopniu do powstania Zmierzchu.


1993 – Bloodstone: Subspecies II (reż. Ted Nicolaou) – Kamil Rogiński

Bohaterka pierwszego Subspecies, Michele, nie zaznaje spokoju w sequelu. Nie dość, że zostaje przemieniona w wampira, to jeszcze ponownie musi się zmierzyć z potwornym Radu. Bloodstone: Subspecies 2 to wzorcowa kontynuacja, która dopieszcza i poszerza formułę pierwszej części. Film ma lepsze tempo, usunięto plastikową postać Stefana, a Anders Hove zdaje się czuć naturalniej w roli Radu, wyciskając z niego jeszcze więcej plugawości. Poza nim z poprzedniej obsady nie ostał się nikt. Laurę Mae Tate, grająca Michele w pierwszej części, zostaje zastąpopiona przez Denice Duff. Ta z miejsca skradła serca fanów i biorąc pod uwagę przemianę bohaterki, jest lepszym wyborem. Motyw początkowego zagubienia osoby zamienionej w wampira zawsze jest intrygujący i również tutaj działa, będąc najlepszym elementem seansu. Akcja zostaje przeniesiona na skąpane w ciemności ulic Bukaresztu, a filmowcy zdają się mieć mnóstwo zabawy z oświetleniem. Ponownie widać jak skromne środki przynoszą doskonałe efekty. Niematerialne przemieszczanie się Radu zostaje ukazane za pomocą cienia aktora, dynamicznie poruszającego się po ścianach budynków. Film, wzorem kilku innych produkcji FullMoon, był kręcony równocześnie ze swoim sequelem: Bloodlust: Subspecies 3 (1994).  To po prostu druga połowa historii i więcej tego samego na przybliżonym poziomie. Zatem oba filmy powinny zostać obejrzane razem.  Wciąż jednak, Bloodstone pozostaje najlepszą częścią cyklu.


1991 – The Pit and the Pendulum (reż. Stuart Gordon) – Arek Szpak

Z opowiadaniem Edgara Allana Poego wspólny ma przede wszystkim tytuł i wymienione w nim gadżety użyte jako narzędzia tortur, może jeszcze szczury i oczywiście inkwizycję, choć wielki inkwizytor Torquemada u Poego nie występował. U Gordona, w efektownie przestrzelonej kreacji Lance’a Henriksena, jest diabolicznym impotentem o sadomasochistycznych preferencjach, takim trochę średniowiecznym Pinheadem tudzież materiałem na niego; wzorcowym wcieleniem eksploatacyjnego potencjału zakochanych w śmierci wieków średnich. Atrakcją tego nieco przaśnego, ale udanego filmu jest lekko szyderczy, odpowiednio do czasu akcji karnawałowo-awanturniczy rys rodem z Flash+Blood Paula Verhoevena. W pierwszej scenie przedstawiciele inkwizycji poddają karze chłosty wydobyty z trumny szkielet arystokraty, w jednej ze scen późniejszych, palona na stosie czarownica wybucha w oprawców żywym ogniem, ponieważ chwilę wcześniej udało jej się podjeść prochu. Czarownica jest zresztą prawdziwą poczciwą czarownicą, a sam film zdecydowanie po stronie swobodnej półpogańskości przeciwstawionej spiętej zabobonności okrutnych mnichów. Maria – ofiara i obiekt westchnień napalonego, ale nieumiejącego Torquemady – w swojej niewinności jest jednocześnie wcieleniem Marii Magdaleny i nieświadomą swej mocy empatyczną wiedźmą ze zdrowym seksualnym apetytem. Sekwencja przedstawiająca jej przesłuchanie jest właściwie obrazem molestowania seksualnego A. D.1492; opresyjność przesłuchujących ją duchownych jawi się jako opresyjność całego katolickiego kościoła, tak jak do kościoła, z jego chrześcijańskim umiłowaniem wstydu i umartwienia, przynależą tu sadomasochizm i impotencja wielkiego inkwizytora.


1991 – Puppet Master 3: Toulon’s Revenge (reż. David DeCoteau) – Arek Szpak

Umiejscowiony w Berlinie 1941 roku prequel opowieści o morderczych marionetkach doktora Toulona, może najbardziej osobny wśród filmów serii. W przeciwieństwie do poprzedników zrealizowanych w myśl mocno slasherowego wzoru i przy całej charakterystycznej dla fullmoonowych horrorków realizacyjnej obskurności, więcej tu narracyjnego pomysłu. Szczypta, powiedzmy, Nazi Occult – bo naziści pracują nad formułą mającą umożliwić im przywracanie do życia zmarłych żołnierzy, więcej niż szczypta kina zemsty – bo lalkarz za pomocą marionetek mści śmierć ukochanej żony. Więcej też filmowego kostiumu, a idąc dalej przedstawienia, za sprawą którego skrytym jądrem filmu staje się paralela między ożywionymi marionetkami a marionetkowymi bohaterami B-klasowego horroru. Pierwsza z lalkowych scen Władcy lalek 3 to wystawiany dla rozbawionych dzieci kukiełkowy teatrzyk, w którym amerykański kowboj ostrzeliwuje Adolfa Hitlera, wedle słów samego Toulona: „satyra polityczna”. Słów nieco górnolotnych, choć przewrotnie jest to scena podsumowująca cały film, który w nierzadko pokraczny, ale i uroczo jarmarczny w tej pokraczności sposób nieustannie splata figury kukiełek z figurami ludzi. Jak się w trzecim Władcy… okazuje, marionetki Toulona są marionetkowymi „kontynuacjami” osób znanych przez lalkarza prywatnie, część z nich, obecna już we wcześniejszych odsłonach serii, w tej dopiero powstanie, marionetkowi – nawet jeśli bez lalkowego odpowiednika – są tu naziści, marionetkowy jest Toulon, marionetkowa wojna, a w bodaj najbardziej efektownej scenie filmu kluczowy szwarccharakter zostaje skrępowany niby pajacyk na sznurkach. Kino jak zabawa laleczkami.


1992 – Doctor Mordrid (reż. Charles Band, Albert Band) – Piotr Kuszyński

Filmowe adaptacje komiksów Marvela kojarzą się dziś z wielkimi, zarabiającymi krocie widowiskami, jednak kilka dekad temu prawa do postaci takich jak Hulk, czy Kapitan Ameryka trafiały za niewielkie pieniądze do telewizji i na VHS. Na początku lat 90 prawie otrzymaliśmy ekranizację przygód Doctora Strange’a. A wszystko to dzięki Charlesowi Bandowi, który nabył licencję do tej postaci, licencję, która mu, zresztą przepadła, ponieważ nie zdążył rozpocząć produkcji w odpowiednim czasie. Nie oznacza to jednak, że planowany przez Niego film nie powstał. Po przepisaniu scenariusza w taki sposób, by w żaden sposób nie nawiązywał do komiksów Marvela, Strange stał się Mordridem, budżetowym czarnoksiężnikiem z półek wypożyczalni kaset video, którego dość krótkie (bo trwającę ledwie godzinę i kwadrans) przygody opiewały w iluzje, podróże astralne, czy nawet uzyskiwanie kontroli nad szkieletami dinozaurów. Wszystko to okraszono w całe mnóstwo kolorowych, migoczących efektów specjalnych, całość zaś wygląda jak pilot do nigdy nie zrealizowanego serialu telewizyjnego z tej dekady. I w sumie szkoda, że nikt na taki pomysł nie wpadł (a w każdym razie nikt tego w takiej formie nie zrealizował), bo przygody Mordrida mogłyby zawojować serca nastolatków oglądających z wypiekami na twarzy Herkulesa, czy serialowego Nieśmiertelnego.


1995 – Potwór na zamku (reż. Stuart Gordon) – Oskar Dziki

Scenarzysta i reżyser Stuart Gordon najbardziej znany jest ze swoich adaptacji prozy H.P. Lovecrafta, takich jak Reanimator (1985) czy Zza światów (1986). Nakręcony w 1995 roku Potwór na zamku zapożycza koncepcję lovecraftowskiego opowiadania Wyrzutek i buduje wokół niego makabryczny dramat skierowany bezpośrednio na rynek video. Dennis Paoli, odpowiedzialny również za scenariusze dla wyżej wymienionych tytułów, napisał historię o dysfunkcyjnej rodzinie, której patologia materializuje się pod postacią upiornego, zdeformowanego kanibala. John Reilly (Jeff Combs) dziedziczy po dalekiem krewneym położoną gdzieś we Włoszech starą posiadłość. To właśnie ta pokaźnych rozmiarów posiadłość pełni tutaj rolę tytułowego zamku, po którym przechadza się trzymany w przypominających lochy piwnicach potwór. Potwór na zamku to pod wieloma względami gotycki melodramat, powracający do złotego okresu filmów o potworach – lat 30 i 40. Znajdziemy tutaj rodzinną tajemnicę zbudowaną na tragedii sprzed lat, zarośnięte pajęczynami zamczysko i zrodzone z czystego, ludzkiego okrucieństwa monstrum. Jednak to, co pozwala skategoryzować film Gordona jako nowoczesny horror, są efekty gore i odważne sceny seksu. Mimo że potwór pozbawiony jest narządów, które pozwoliły by mu na popełnienie aktu seksualnego, erotyka wydaje się być jego motorem napędowym. Nie potrafi on zrozumieć swoich pragnień ani poczynań, wciąż jednak czuje się zmuszony do małpowania zachowania, które podejrzał u innych. Sceny te są odpowiednio niepokojące i trudno nie poczuć odrobiny współczucia dla, bądź co bądź, biednego, zdeformowanego dziwaka. Kolejnym elementem świadczącym o dość postępowym podejściu twórców do swojego filmu świadczyć może fakt, że dwie główne postacie, potwór oraz John, nie są ani całkowicie dobre, ani złe. Monstrum jest wykręconym potworem, który zabija i gwałci bezkrytycznie, ale przez psychiczne i fizyczne okaleczenia jakich doznawał przez większość życia, trudno obarczyć go jednogłośną winą. Z drugiej strony John Reilly wydaje się być tradycyjną postacią dobrego bohatera, ale jest również samolubnym bucem, pijakiem i cudzołożnikiem. Na początku filmu spada on praktycznie na samo dno, by później otrzymać ostatnią szansę na udowodnienie tego, że w rzeczywistości nie jest złym facetem. Poprzez pewną znajomość podstawowych elementów Potwora na zamku, film sprawia wrażenie remaku jakiegoś zapomnianego horroru z lat 30., który nigdy nie powstał. Ten udany balans pomiędzy klasyką a nowoczesnością zaowocował ponadczasowym filmem, który starzeje się z godnością i zapewne będzie sprawiać frajdę jeszcze niejednemu pokoleniu kinomaniaków!


1996 – Head of the Family (reż. Charles Band) – Antoni Urbanowicz

Poznajcie radosne rodzeństwo Stackpoolów. Jak przystało na przykładną rodzinę z południa Stanów, Stackpoolowie są odpowiednio zdegenerowani genetycznie, a także posiadają mordercze skłonności. Otis (Bob Schott) to głupawy osiłek ze słabością do ładnych dziewczyn, Wheeler (James Jones) jest obdarzony nadludzko czułymi zmysłami i groteskowo wytrzeszczonymi oczami, zaś Ernestina (Alexandria Quinn) swoją urodą wpasowuje się w estetykę rozkładówek Playboya z pierwszej połowy lat 90-tych. Rola tytułowej (dosłownie) głowy rodziny przypada Myronowi (J.W. Perra), który za pomocą telepatii dowodzi rodzeństwem, a w piwnicy przeprowadza eksperymenty medyczne na swoich ofiarach. Biada temu, kto stanie im na drodze! Head of the Family jest cudownym reprezentantem całej śmieciowej twórczości Charlesa Banda. Film wpisuje się konwencję komedii grozy, stojąc stylistycznie pomiędzy Teksańską Masakrą Piłą Łańcuchową 2 (1986) a filmografią Frank’a Henenlotter’a. Można się tutaj dopatrzeć wszystkich elementów, które są tak bardzo charakterystyczne dla produkcji spod znaku Full Moon Studios. Jest przaśnie, tanio, głupkowato i wulgarnie. Nie brakuje tu także fatalnego aktorstwa oraz zahaczającego o przesadę widoku roznegliżowanych piersi. Ale przede wszystkim jest lekkostrawnie i rozrywkowo. Czyli jest tak jak powinno być. Na szczególne wyróżnienie zasługuje zarówno design, jak i wykonanie Myrona. Jak na tak niski budżet i chałupniczy charakter całego przedsięwzięcia, wygląda to nad wyraz sprawnie. W 2008 roku, Charles Band ogłosił, że pracuje nad sequelem, zatytułowanym Bride of the Head of the Family. Od tamtej pory ani widu, ani słychu o tym projekcie. Patrząc na późniejsze dokonania Banda, może to i jednak lepiej!

1 Komentarz

  1. Trochę na mój gust film w reżyserii Gordona, które były opisane zresztą przy okazji ekranizacji Lovecrafta. I za mało filmów wyreżyserowanych przez samego Charlesa Banda, a przecież to taki płodny twórca. Aż szkoda, że nikt nie poleci tu „Meridian”, śliczna Sherilyn Fenn jest pięknym atutem tego całkiem udanego filmu. O potworze nie wspominając.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.