Cannibal Ferox (1981). Przez żołądek do serca

Za oficjalnego prekursora kina kanibalistycznego uznaje się The Man from the Deep River (1972) Umberto Lenziego, który fabułę głośnego westernu Człowiek zwany Koniem (1970) przenosił do amazońskiej dżungli. Jednak to Zapomniany świat kanibali (1977) oraz Cannibal Holocaust (1980) – oba w reżyserii Ruggero Deodato – na dobre ustanowiły standardy gatunku, którym zachłysnęli się włoscy twórcy na krótki moment na przełomie dekad. Sam Lenzi błyskawicznie zresztą pozazdrościł Deodato rozgłosu i palmy pierwszeństwa: jego Zjedzeni żywcem zadebiutowali na ekranach zaledwie miesiąc po premierze Cannibal Holocaust. Już rok później włoski reżyser postanowił powrócić do tematyki kanibalistycznej, by podjąć się zadania przebicia niesławnego klasyka pod względem sadyzmu i okrucieństwa. Efektem Cannibal Ferox – film szumnie reklamowany przez dystrybutora hasłami typu: „najbrutalniejszy film w dziejach” i „zakazany w 31 krajach”.

Już od strony fabuły mamy do czynienia z bezczelną zrzynką z Cannibal Holocaust: zamiast grupy dokumentalistów dostajemy tutaj ekipę antropologów, którzy wyruszają w głąb amazońskiej dżungli, by udowodnić, że kanibalizm to mit. Podczas wędrówki badacze napotykają duet bandziorów, którzy przybyli do dziczy po darmową kokainę (sic!) i szmaragdy (sic!!). Jak się okazuje, oprychy nieco za bardzo folgowały sobie z tubylcami, wywołując ich wściekłość, która teraz uderzy ze zdwojoną mocą w naiwnych przedstawicieli cywilizacji…

Lenzi ściśle podąża tropem Deodato, jednak tam, gdzie ten drugi zaproponował frapujący i szokujący zarazem portret współczesnego człowieka, tam twórca Almost Human (1974) sięga po kino przygodowe w eksploatacyjnym sosie. Przerysowane postaci, deklaratywne dialogi, cienka jak zupa szczawiowa fabuła – wszystko tutaj służy zaledwie za pretekst dla bulwersujących atrakcji, których Cannibal Ferox dostarcza w nadmiarze. Wywiedzione z kina mondo sceny przemocy wobec zwierząt stanowią wręcz clou programu, czyniąc intencje reżysera co najmniej dwuznacznymi. Podobało wam się jak zaciukali bezbronnego żółwia? To dostaniecie powtórkę! Mało? Dowalimy jeszcze kilka soczystych „kawałków”. O podejściu do mordowania w imieniu sztuki przez Lenziego najwięcej mówi komentarz wcielającego się w główny szwarccharakter Giovanniego Lombardo Radice, dotyczący sceny w której wąż dusi piżmaka: gad ponoć nie był zbytnio głodny, jednak reżyser uparł się, by sfilmować moment konsumpcji mimo wszystko, co przełożyło się na trwające długie minuty męczarnie ofiary (w pewnym momencie zaprotestowała ekipa, co skłoniło twórcę do przerwania sceny, jednak sam Lenzi – z wrodzoną sobie skromnością – skwitował całe zajście krótko: „pozwoliłem mu żyć…”).

Sekwencjom budzącej moralny opór przemocy skierowanej ku „braciom mniejszym” towarzyszy – jakżeby inaczej – prawdziwy festiwal efektów gore, które użyte zostały w scenach tortur na ludziach. Znalazło się więc miejsce na kastrację, wyjadanie mózgu z czaszki czy podwieszenie kobiety frywolnej za piersi na hakach. Lenzi się nie patyczkuje i co rusz stara się wstrząsnąć widzem. Sztuka ta udaje mu się, bo choć Cannibal Ferox (w Stanach Zjednoczonych wyświetlany pod jakże urzekającym tytułem Make Them Die Slowly) dziś z pewnością nie budzi tak dużych emocji jak w momencie premiery, to jego zła sława z pewnością podbudowana została konkretnymi „argumentami”. To wręcz wzorcowy przykład kina rozrywkowego dla zwyroli i jako taki z pewnością zasługuje na miejsce w annałach kinematografii. Szkoda jedynie, że cały morał z tej przypowieści podsumować można w nader prosty sposób: nie zadzieraj z dzikusami, bo odetną ci fiuta, przekroją czaszkę i pożywią się twoją mózgownicą.

Jak przystało jednak na obywatela z ojczyzny pizzy i pasty, Lenzi doskonale zna powiedzenie „przez żołądek do serca”: jego dzieło to ekwiwalent nieco egzotycznego, pikantnie przyprawionego dania o uzależniających właściwościach fast foodu. Wprawdzie sam Umberto L. miał się wypowiadać na planie o swoim projekcie jako „arcydziele”, przy okazji zamieniając życie członków ekipy w piekło (wzmiankowany wyżej Radice w swej autobiografii współpracę ze słynącym z megalomaństwa i despotyzmu reżyserem wspominał jako drogę przez mękę – nieco więcej na ten temat możecie poczytać w artykule na zaprzyjaźnionej stronie The Blog That Screamed), efekt końcowy jest jednak wysoce frywolny i w wielu momentach zalatuje nieświeżym serem. Swego czasu, w epoce eMule’a, w sieci krążyły amatorskie polskie napisy do filmu, pełne bluzgów i absurdalnych linii dialogowych – jego twórcy ewidentnie dostrzegli pastiszowy potencjał kanibalizmu, naigrawając się przy okazji z fabularnych niedorzeczności. Dość powiedzieć, że z tego co pamiętam owe tłumaczenie wcale nie było pomocne, raczej stanowiło rozbudowany żart kogoś, kto poległ w starciu z „arcydziełem” Lenziego. W tym tkwi zresztą cały urok omawianej pozycji: nie sposób traktować jej na poważnie, choć na papierze zapewne wyglądało to przerażająco. Kiedy jednak wchodzisz na plan z postanowieniem, że za wszelką cenę obrzydzisz widzowi świat, efekty mogą być zgoła groteskowe.

Ferox jest więc skrajnie niepoprawny w swej celebracji bezsensowej przemocy oraz przesadzony do tego stopnia, że odbierać go można tylko i wyłącznie z przymrużeniem oka. I chwała mu za to, bo potencjał rozrywkowy tkwiący w tej wtórnej (powtórzmy: Lenzi nawet nie stara się ukryć, że kręci swój remake Cannibal Holocaust), napisanej na kolanie historii został wyciśnięty do cna. Podczas gdy seans obrazu Deodato zostawiał nas z solidnie skopanym ryjem, tak tutaj większe ryzyko od przefasonowania facjaty stanowi pogłębienie się zmarszczek mimicznych w okolicach ust. Koniec końców, Amazonia okazuje się idealnym miejscem na weekendowy wypad dla jakiegoś domorosłego Indiany Jonesa: jeśli nie będzie podszczypywał lokalnych dziewek, to raczej nic mu nie grozi, a poza tym zabawa gwarantowana.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.