Brian De Palma. Filmy jak Pop Art

Share

Brian De Palma – niegdyś jeden z najbardziej znanych amerykańskich reżyserów. W swoim najlepszym okresie, przypadającym na siódmą i ósmą dekadę XX wieku, zaliczany był do grona twórców, których nazwiska to marki i swoista gwarancja jakości. Poniższy tekst poświęcony jest filmom pochodzącym właśnie z czasów świetności tego reżysera, ze szczególnym naciskiem położonym na dzieła operujące hithcockowskim suspensem.

Moim pierwszym kontaktem z De Palmą był seans Człowieka z Blizną (1983), obecnie jednego z najbardziej uznanych i z całą pewnością najczęściej emitowanych filmów tego reżysera w polskiej telewizji. Niedługo później zaś nadrobiłem Nietykalnych (1987), klasyczny już obraz zajmujący się tematyką gangsterską, który wykreował we mnie (całkiem niesłuszne) przekonanie, że to właśnie tego rodzaju kino było dla De Palmy chlebem powszednim.

Wydaje mi się, że w swej długotrwałej ignorancji nie byłem osamotniony, zważywszy na to, że w Polsce o tym reżyserze mówi się przez pryzmat ledwie kilku filmów, totalnie przy tym ignorując porządny kawał jego filmografii. Być może powodem takiego stanu rzeczy było przekonanie ukute przez ówczesną krytykę (przede wszystkim amerykańską), mówiące o jego wtórności względem Alfreda Hitchcocka, ulubionego twórcy De Palmy, którego Zawrót głowy (1958) miał mieć znaczący wpływ na podjęcie właśnie takiej, a nie innej, kariery zawodowej młodego Amerykanina.

Nieśmiały flirt z suspensem De Palma rozpoczął jeszcze w latach 60, w swoim pełnometrażowym debiucie Murder A’la Mod (1968). Niestety, po bardzo chłodnym przyjęciu, a następnie zaginięciu taśmy z filmem, De Palma skupił się na tworzeniu komedii i satyr filmowych, odkrywając przy okazji dla świata Roberta De Niro. Do mocniejszej treści reżyser wrócił pięć lat później za sprawą filmu Siostry (1973), intensywnego thrillera psychologicznego, po którym kariera De Palmy, jako reżysera kina gatunkowego, nabrała wyraźnego rozpędu.

Siostry

Tak jak bohater Zdzisława Maklakiewicza z filmu Rejs (1970) twierdził, że jemu podobają się melodie, które już raz słyszał, tak De Palma lubował się realizowaniu tych pomysłów, które znał, radość znajdując nie tyle w opowiadaniu nowych historii, co w zabawie  nimi, w poszukiwaniu nowych sposobów na rozwinięcie starych pomysłów, próbach wszczepiania znanych patentów do nowych organizmów, przy jednoczesnym staraniom, by efekt był jak najbardziej spójny i wizualnie estetyczny.

Filmografia reżysera w tamtym okresie składała się przede wszystkim z thrillerów psychologicznych, przeplatanych sporadycznie  filmami innych gatunków.  W 1974 swoją premierę miał Upiór z raju, osobliwy hołd dla klasycznej powieści Gastona Lerouxe’a Upiór z Opery, w którym gotycka atmosfera zamieniona została na pstrokatą, post-hipisowską stylistykę,  partie arii operowej zaś zastąpiono chwytliwą rock-operą. Chwilę później De Palma powrócił do hitchcockowskiej poetyki za pomocą dosyć dobrze przyjętego filmu Obsesja (1975).

Pierwszym naprawdę dużym sukcesem komercyjnym reżysera był horror pt. Carrie (1976), adaptacja debiutanckiej powieści Stephena Kinga. Dzisiaj, po trzydziestu latach natarczywej wręcz obecności tego autora w horrorowym światku, uznawany jest za człowieka-instytucję, maszynę do zarabiania pieniędzy, którego powieści i opowiadania niezwykle chętnie przenoszone są na szklany ekran. W chwili, gdy De Palma brał na warsztat Carrie, King nie posiadał statusu kogoś w rodzaju literackiej gwiazdy rocka i to między innymi sukces tej adaptacji przyczynił się do wzrostu popularności prozy pisarza, a następnie całego wysypu adaptacji filmowych. Co ciekawe, tematykę nastolatków o mocach parapsychicznych reżyser kontynuował w kolejnym filmie, Furia (1978), któremu bliżej jednak było do filmu sensacyjnego niźli do horroru.

Upiór w raju

Sukces nie zmienił jednak podejścia krytyki, która nadal zwykła wylewać na reżysera wiadra pomyj i pisała, że De Palma to zwyczajny wyrobnik wiążący koniec z końcem jedynie dzięki plagiatowaniu twórcy Psychozy (1960). O ile  seans niektórych filmów reżysera, ze Świadkiem mimo woli (1984) na czele, faktycznie może przypominać festiwal nawiązań do dzieł mistrza, to jednak niedostrzeganie w pracy reżysera wkładu własnego jest albo wynikiem zbyt powierzchownego oglądania filmów albo zwyczajnym brakiem dobrej woli.

Adekwatny  wydaje się dość wyświechtany cytat, którego autorstwo przypisuje się Pablo Picasso, mówiący, że “dobrzy artyści kopiują, genialni zaś kradną”, który świetnie oddawał między innymi drogę do sławy zespołu Led Zeppelin, którego lider, Jimmy Page notorycznie podkradał stare kawałki bluesowe i przerabiał na własną modłę, tłumacząc przy okazji muzyczne standardy na język bardziej przyswajalny dla nowego pokolenia.

W ten sposób możemy również podejść do kariery Briana De Palmy, która zbudowana została na dekonstrukcji kina i ponownym złożeniu używając wybranych przez siebie elementów, nadając swoim filmom innej jakości. Z tego też powodu trudno mówić o jego Człowieku z blizną jako o remake’u filmu z 1932 roku, ponieważ nie jest to jedynie odświeżenie w sensie stricte technicznym, a reinterpretacja, nowa historia ledwie zainspirowana starym klasykiem.

Innym przykładem jest Wybuch z 1981. W filmie tym młody dźwiękowiec grany przez Johna Travoltę przypadkowo nagrywa wypadek samochodowy w którym ginie kandydat na prezydenta. Wnikliwa analiza posiadanej przez bohatera taśmy doprowadza  go do wniosku, że tak naprawdę był świadkiem sprytnie zaaranżowanego morderstwa.

Wybuch wyraźnie nawiązuje do filmu Michelangelo Antonioniego Powiększenie (1966), który posiadał podobne zawiązanie akcji, z tą różnicą, że u Włocha dowód zbrodni znajdował się na kliszy aparatu fotograficznego. Podobny pomysł wykorzystany został również przez Coppolę w Rozmowie (1974), gdzie bohaterem był specjalista od podsłuchu, starający się odnaleźć w nagraniu dowód na plany popełnienia morderstwa. Podobieństwo w zalążku konceptualnym nie czyni jednak te filmy bliźniaczo podobnymi do siebie. W rzeczywistości otrzymujemy zarówno zupełnie różne historie, jak i sposoby ich narracji.

Nie inaczej jest z ciągle powracającą dyskusją pod tytułem “De Palma vs Hitchcock”, co doskonale obrazuje przykład jednego z najwybitniejszych filmów tego pierwszego, czyli W przebraniu mordercy z 1980 roku. Wielokrotnie porównywany do Psychozy, zarówno w recenzjach, jak i reklamach i tyłach okładek wydań DVD, nie ma tak naprawdę dużo wspólnego z filmem Hitchcocka. Ponownie, podobieństwa odnajdziemy jedynie w dość nieistotnych detalach, czy kilku ujęciach i motywach zapożyczonych z rewolucyjnego klasyku. Czy scena morderstwa w windzie jest niezwykle podobna do kultowej sceny pod prysznicem? Owszem. Czy (Spoiler? Nie, tak naprawdę, to nie) morderca w filmie przebrany był za kobietę i jego tok rozumowania został wytłumaczony pod koniec filmu? Jak najbardziej. Nie zmienia to jednak faktu, że Psychoza to przede wszystkim film o kradzieży gotówki, z kolei fabuła W przebraniu mordercy oscyluje wokół ludzkiej seksualności, motywu ważnego, jednak jedynie delikatnie zaznaczonego u Hitchcocka.

De Palma, twórca aktywny już po rewolucji obyczajowej z końca lat 60., mógł sobie pozwolić na zdecydowanie więcej niż jego poprzednik. Stany Zjednoczone tamtego okresu to miejsce, w którym obywatele zaczęli coraz bardziej kwestionować działania swojego rządu, przy okazji dokonując weryfikacji wyznawanych przez siebie wartości. Przy okazji zrezygnowano  z idealizowania świata w amerykańskim kinie, co dawało twórcom szersze pole do popisu. Dlatego też u De Palmy psychopaci byli jeszcze bardziej niebezpieczni, ich zbrodnie zaś jeszcze bardziej makabryczne, a reprezentanci do tej pory tak szanowanych zawodów, jak policjant, czy lekarz przestali być gwarantami jakiegokolwiek bezpieczeństwa.

Nie należy też zapomnieć o zupełnie innym podejściu do stylizacji, co ma znaczący na odbiór obu filmów. Psychoza, ze względu na niski budżet (niewiele ponad 800 tysięcy dolarów; dla porównania, jego poprzedni film Północ, Północny zachód [1959] kosztował ponad 4 miliony) kręcona była na czarno-białej taśmie co nadawało filmowi  surowego i mroczniejszego charakteru. Film De Palmy z kolei odznacza się wizualnym przepychem, intensywnością barw połączoną z oniryczną atmosferą, tak bardzo przywołującą na myśl włoskie kino gatunkowe. W przebraniu mordercy, gdyby kręcone przez włoskich fachowców, nazywane byłoby dziś późnym klasykiem giallo.

W przebraniu mordercy

Nie zapominajmy jednak, że giallo, jako gatunek, niezwykle wiele zawdzięcza przede wszystkim Hitchcockowi. Bardzo możliwe więc, że wszelkie podobieństwa do włoskiej pulpy nie były zamierzone i są bardziej wynikiem wspólnych inspiracji. Z drugiej strony, trudno uwierzyć, że reżyserowi, który ewidentnie inspiruje się kinem europejskim (na co dowodem jest wspomniany już wcześniej wpływ Antonioniego na Wybuch, czy też doskonale znana scena z wózkiem i schodami z Pancernika Potiomkin (1925), która została poddana recyklingowi w Nietykalnych) umknąć miał rozkwit giallo.

Zapytany o ten gatunek oraz o wpływ twórczości Dario Argento, podczas wywiadu przeprowadzonego w 2012 roku dla portalu Collider.com, De Palma powiedział, że jedynym znanym mu filmem Włocha jest Ptak o kryształowym upierzeniu (1970) i nie bardzo orientuje się on w tym kinie, choć doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że bywa do twórcy Głębokiej czerwieni (1975) porównywany.

Co ciekawe, Nancy Allen, była żona De Palmy i aktorka znana z kilku jego filmów, twierdziła, że dostała kiedyś ofertę pojawienia się na przesłuchaniu u Argento, do skorzystania z czego namawiać miał zresztą sam De Palma, twierdząc, że to świetny reżyser. Aktorka jednak nie skorzystała z oferty współpracy, gdyż jej rola miała wiązać się przede wszystkim z kręceniem scen pod wodą. Czyżby aktorce umknął angaż do Inferno (1980)?

Nawet gdyby Brian De Palma rzeczywiście miał się inspirować (chociażby częściowo, za sprawą wspomnianego już Ptaka o kryształowym upierzeniu) giallo, to i tak Hitchcock, będąc jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców kina, pozostawał dużo lepszym marketingowo punktem zaczepienia, zwracającym uwagę fanów dreszczowców na całym świecie. I nie byłoby oczywiście w tym niczego złego, gdyby nie deprecjonowano przy okazji kunsztu De Palmy jako znakomitego rzemieślnika i stylistę.

W wywiadzie dla The Rolling Stones przeprowadzonym w 1980 roku, tuż po premierze W przebraniu mordercy De Palma miał powiedzieć: “Gdy pojawił się pop art, krytycy z głównego nurtu traktowali go lekceważąco, jako coś szokującego i absurdalnego, a gdy pojawili się ludzie piszący poważnie o rock’n’rollu, zaczęli być nazywani bałwanami. W końcu jednak musieli zacząć traktować je poważnie. Podobnie jest z moim filmem.”  Ówcześni krytycy głównego nurtu zareagowaliby pewnie na te słowa z uśmieszkiem pełnym politowania, choć nie ulega wątpliwości, że reżyser miał rację. W swojej wieloletniej karierze De Palma stworzył wiele filmów, które wśród nas, entuzjastów kina, uchodzą za kultowe. A jak powszechnie wiadomo, podchodzimy do naszej pasji śmiertelnie poważnie.

W przebraniu mordercy
Piotr Kuszyński

Urodzony w dziczy gdzieś na terenie Borów Tucholskich. Przez cywilizację odkryty w wieku 13 lat. Wtedy to nauczył się mówić, czytać i pisać. Fan starego kina, w szczególności kostiumowej grozy.

1 Trackback / Pingback

  1. Psychoza II (1983). Kto się boi Normana Batesa? – Kinomisja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.