Brawl in Cell Block 99 (2017). Piekło w imię miłości

Share
Zwykło się przyjmować, że gdy ktoś naprawdę zacnie wystartuje w świecie kina i telewizji, to potem tworzy pod pewną presją. Musi bowiem udowodnić, że jakość jego/jej debiutu nie była dziełem przypadku i potrafi powtórzyć sukces artystyczny. A najlepiej go nawet przebić. Tak było choćby z Quentinem Tarantino, który po premierze Pulp Fiction (1994) stał się celuloidowym bogiem, przynajmniej w swoim własnym mniemaniu (z całym szacunkiem!). Natomiast zadaniu temu nie sprostał na przykład Nic Pizzolatto, na którego za drugi sezon True Detective (2014-2015) wylano wiadro pomyj. Co prawda, Bone Tomahawk (2015), błyskotliwy western z elementami horroru kanibalistycznego, nie odniósł takiego sukcesu komercyjnego, aby jego autor S. Craig Zahler miał się obawiać jakichś gigantycznych oczekiwań wobec swojego kolejnego projektu (tak to ma teraz przejebane Robert Eggers, twórca The VVitch). Niemniej jednak z wielką radością spieszę donieść, że Brawl in Cell Block 99 jest nawet lepszy od jego debiutu. Ba! Jak dla mnie to póki co najmocniejszy kandydat na miano filmu roku.
 
Na starcie warto pewnie zaznaczyć, że jeśli sceny gore w Bone Tomahawk były dla Ciebie za ostre (znam takich, co rezygnowali z seansu w połowie), to tutaj na pewno nie jest lżej. A może nawet jest ostrzej, skoro kości się łamią, czaszki pękają, a w pewnym momencie oglądamy nawet oderwanie pewnemu biedakowi (sic!) głowy. Zahler, tak jak choćby Fabrice du Welz, Nicolas Winding Refn czy wspomniany Tarantino, to twórca bardzo samoświadomy, garściami czerpiący z grindhouse’wego kina gatunków lat 60/70 i śmiało bawiący się jego regułami. Z Tarantino jest ostatnio w miarę często zestawiany, bo tak jak on lubi mieszać brutalną przemoc ze względnie dużą liczbą przesiąkniętych ironią dialogów, a tutaj jeszcze doprawia opowieść przebojową muzyką sprzed kilku dekad. Jednak nazywanie go nowym Quentinem (tak podobno się dzieje) jest tyleż wdzięczne, co krzywdzące. Zahler to twórca osobny, o własnym stylu (o czym za chwilę), choć będący mniej więcej takim samym objawieniem dla współczesnej pulpy, jakim był niegdyś twórca Wściekłych psów (1992). Jeśli bowiem jego western wskazywał na to, że oto na horyzoncie pojawił się ktoś, kogo warto obserwować, bo może wyrosnąć na niezłą osobowość kina gatunków, to Brawl mówi, że  jest on już reżyserem i scenarzystą prawdziwie wybitnym.
Brawl to neo-exploitation, które jest w takim samym stopniu nietypowe, co old skulowe. Przedstawia bardzo prostą historię niemal absurdalnie trzymającego się pewnych zasad ex-boksera imieniem Bradley (Vince Vaughn w roli życia?!), który, jak mówi sam tytuł, trafia do więzienia, gdzie przychodzi mu stoczyć nie lada pojedynek (i żeby tylko jeden!). Akcja nie pędzi jednak na łeb na szyję, lecz rozkręca się raczej leniwie, oferując naprawdę dużo szczegółów. Dość powiedzieć, że w tym ponad dwugodzinnym filmie sama ekspozycja trwa blisko 50 minut. Co ciekawe, już sam tytuł stanowi niezłą dawkę suspensu. W końcu to dzięki niemu wiemy, że bohater prędzej czy później trafi za kratki, a tam jakieś straszne mordobicie. Oglądamy więc jego codzienność – coraz bardziej powiązaną ze światkiem przestępczym – atmosfera stopniowo gęstnieje i prawie wyskakujemy z butów nerwowo oczekując na moment oczywistego wybuchu. Gdy ten następuje, Bradley jest już nam dobrze znany. Wiemy do czego jest zdolny, czego oczekuje od życia, jak postrzega świat. A to diabelnie istotne dla tzw. właściwej części fabuły, w której, jak się okazuje, staje się on podróżnikiem po coraz niższych kręgach piekła. (Luźne skojarzenie: trylogia Pusher [1996, 2004, 2005] Windinga Refna!)
 
Jeśli ktoś spróbuje Ci zdradzić z fabuły coś więcej, lepiej strąć go/ją ze schodów. Nie miej litości, bo zepsuje Ci sporo dramaturgicznej frajdy, jaką Brawl oferuje niby zwyczajnymi, a jednak nieoczekiwanymi rozwiązaniami, które zmieniają tor fabuły kilkukrotnie. Zresztą o nietuzinkowości filmu mówią już pierwsze sceny, kiedy poznajemy naszego łysego twardziela jako wielkiego miłośnika starego soulu, wypełniającego znakomity, wcale melodyjny soundtrack, który jakże ostro kontrastuje z brudnym i agresywnym charakterem opowieści. Zadziwiające bywają też zdjęcia. Charakterny operator Benji Bakshi, w Bone Tomahawk dystansujący odbiorcę częstym stosowaniem planów pełnych i dalekich, od początku filmu przytłacza ciasnymi, czasem wręcz klaustrofobicznymi kompozycjami kadru (żeby było ciekawiej, w im większym szambie znajduje się protagonista, tym plastyczniej prezentują się kolejne obrazy), a później zgrabnie łączy ze sobą surowe i „nerwowe” zdjęcia z ręki z całkowitą statyką; jakże niedzisiejszą, gdy pojawiającą się w scenach akcji – wybrane pojedynki ukazane są na długich, statycznych ujęciach, dokładnie tak, jak robiło się to w… hongkońskich filmach kung fu z lat 70.
 
Nie nazwałbym przy tym tego pulpowego majstersztyku kinem akcji sensu stricte. Chociaż w pewnym momencie eksploduje przemocą – a jej spirala, jak wiemy nie od dziś, jest nie do zatrzymania – film jest na to określenie zbyt niespieszny, hybrydowy, ‚przegadany’ (wspaniałe, często dowcipne dialogi!) i skupiony na konsekwentnym portretowaniu swojego bohatera, który w moim mniemaniu stanowi najfajniejszą postać roku. Innymi słowy, Brawl in Cell Block 99 zasługuje na jakąś osobną kategorię, a neo-exploitation wcale nie wydaje się wystarczać. No bo czy wspominałem już, że to rzecz o miłości?!
Marcin Zembrzuski
Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.