Blood Sword of the 99th Virgin (1959). Krwawe rytuały

Share

Kiedy w drugiej połowie lat 40. w Toho rozgorzały kłótnie związane m.in. z kwestią zawartości tematycznej filmów realizowanych w tym słynnym japońskim studiu, wiele osób – w tym reżyserzy i aktorzy – zaczęło opuszczać jego mury. W poszukiwaniu artystycznej swobody Denjirō Ōkōchi i Kazuo Hasegawa z pomocą różnych producentów, scenarzystów i innych osób związanych ze światem przemysłu filmowego stworzyli w 1947 roku nowe studio, które nazwali Shintoho, czyli „Nowe Toho”. Obecna w Shintoho większa swoboda twórcza wydawała się idealnym środowiskiem dla wielu twórców, stąd przyciągała takich reżyserów, jak Akira Kurosawa, Kon Ichikawa czy Kenji Mizoguchi.

Niestety, kłopoty w Shintoho zaczęły się dość prędko, jako że wiele osób związanych z początkowym okresem działalności studia zaczęło z niego odchodzić dając się skusić korzystniejszymi warunkami finansowymi w Daiei i Shochiku. Zmiana na lepsze nastąpiła dopiero w 1956 roku, gdy na stanowisku producenta wykonawczego pojawił się Mitsugu Ōkura. Dawny showman miał banalny plan ożywienia studia, które od tej pory zaczęto nazywać mianem „dziwnego Toho”. Pomysł Ōkury był prosty: sięgnięcie po przemoc, grozę, wulgarność, zmysłowość etc., czyli – jak brzmiało jego motto – miało być „szybko, tanio i ekscytująco”. Z Shintoho zaczęły się zatem wylewać produkcje o duchach z nurtu kaidan, opowieści o skąpo odzianych dziewczynach-nurkach, wypełnione większą ilością seksu kino gangsterskie i inne cechujące się rosnącą przemocą propozycje.

Wśród nich za najbardziej kontrowersyjną pozycję zwykło się uznawać Blood Sword of the 99th Virgin, stanowiący pod wieloma względami prekursorski krok w kontekście obrazowania przemocy w japońskim kinie grozy. Jako taki może być rozpatrywany jako niemały krok w kierunku kina gore w Japonii, produkcji o torturach Teruo Ishiiego czy nawet zrealizowanego niecały rok później, również w Shintoho, Jigoku Nobuo Nakagawy. W rzeczywistości jednak, zawarta w nim przemoc stanowi jedynie drugorzędną kwestię, jaką trzeba poruszyć przy omawianiu produkcji oraz jej nagłego zniknięcia z mapy japońskich proto-splatterów.

Kontekst historyczno-społeczny

Kontrowersje wzbudza ona bowiem nie poziomem przemocy, lecz z powodu portretowania tzw. burakumin. Burakumin to najniższa w Japonii grupa społeczna, której geneza pozostaje dyskusyjna. Najprawdopodobniej z powodu wojen w epoce Muromachi (1336-1573) pewne części społeczeństwa zostały przesiedlone i zmuszono je do wykonywania zawodów o najniższej estymie. Później, w epoce Edo (1603-1868), ustanowiono system kastowy, w którym osoby wykonujące  najmniej szanowane prace nazwano eta i umieszczono na jego dnie. Ludzie tacy żyli w getto-podobnych okręgach, unikała ich reszta obywateli, nie wolno im było zmieniać kasty, musieli okazywać szacunek osobom z wyższych poziomów społecznych, nie wolno im było mieć fizycznych kontaktów z osobami klasy wyższej. Słowem – spotykali się z powszechnym ostracyzmem, a także z przemocą ze strony innych grup społecznych. O postrzeganiu eta świadczy choćby fakt, że w 1859 roku oficjalnie zdecydowano, że eta jest wart 1/7 „normalnego” człowieka.

Wraz z rozpoczęciem Restauracji Meiji w 1869 roku zniesiono system kastowy w dekrecie o nazwie Senmin Haishirei lub Kaihōrei. W ten sposób otwarto drogę do różnych gałęzi przemysłu wszystkim obywatelom. Sprawiło to oczywiście, że eta stracili monopol na wykonywane przez siebie zawody, przez co ich status materialny jeszcze bardziej się pogorszył. Nie dość bowiem, że wyrosła im konkurencja, to kwestia ostracyzmu społecznego w ogóle nie uległa poprawie, co było szczególnie dotkliwe na wsiach i w małych miejscowościach. Pogorszenie jakości życia sprawiło, że tereny zamieszkiwane przez eta zmieniły się w slumsy, a samych buraku postrzegano za źródło przestępczości, co przekładało się często także na skazywanie ich za różne przestępstwa na podstawie nieprzekonujących dowodów, jak np. słynna sprawa skazania burakumin za morderstwo w 1963 roku.

Sprawa burakumin pozostaje nierozwiązana do dzisiaj. Jeszcze w latach 80. odbywały się liczne protesty przeciw społecznej niesprawiedliwości wobec dawnych eta czy, jak ich wtedy już częściej nazywano, buraku. W 1993 roku japoński rząd wyznaczył 892,751 buraku do zasymilowania z resztą społeczeństwa. W 1999 roku wg niektórych danych żyło w Japonii jednak jeszcze ok. 2 miliony burakumin. W 2003 roku badania ankietowe w Tokio wykazały, że jeśli dana osoba jest lub wywodzi się z burakumin ma mniejsze szanse na małżeństwo i dobre zatrudnienie, choć jedynie 4,9% respondentów stwierdziło, że unikałoby takiej osoby jeśli byłaby jej/jego sąsiadem.

W czasach powstania Blood Sword of the 99th Virgin stereotypowe, negatywne portretowanie burakumin, podobnie jak dawniej stereotypowe, negatywne portretowanie czarnoskórych ludzi w kinie amerykańskim, nie było niczym zaskakującym. Stąd też w omawianym filmie są oni przedstawieni jako zacofani, zabobonni, kazirodczy, prymitywni, brudni, agresywni, niemoralni ludzie. Jedynym wyjątkiem – podobnie, jak miało to miejsce w Half Human (Jū jin yuki otoko, Ishirō Honda, 1955) – jest młoda, atrakcyjna dziewczyna, która jako jedyna wchodzi w kontakt ze światem zewnętrznym. Po bankructwie Shintoho w 1961 roku, prawa do filmu przeszły do Kokusai Hōei, którzy wydali produkcję na wideo niedługo po wprowadzeniu tego medium do Japonii. Mniej więcej w tym samym czasie z powodu rosnącej w kraju liczby protestów w kwestii praw burakumin dokonywały się w Japonii powolne zmiany, wynikające m.in. tym, że negatywne obrazowanie buraku zostało uznane za wysoce niestosowne, niesprawiedliwe i stało się przedmiotem powszechnej krytyki. Tym samym Kokusai Hōei wstrzymała wydawanie filmu i zakazała jakichkolwiek pokazów, chcąc uniknąć negatywnego obrazu firmy w oczach opinii publicznej. Blood Sword of the 99th Virgin został – nie bez trudności – pokazany tylko raz po wycofaniu. W 2010 roku podczas festiwalu filmowego Udine Far East we Włoszech. Pokaz był poprzedzony przymusowym przeszukiwaniem widzów w poszukiwaniu sprzętu nagrywającego, aby żadna kopia tego wstydliwego dla Kokusai filmu nie ujrzała światła dziennego, szczególnie w Japonii.

Film

Blood Sword of the 99th Virgin rozpoczyna sekwencja, w której widz obserwuje młodych ludzi ciągnących za sobą związaną, agresywną staruszkę. Jak się niebawem okazuje, są oni turystami, których partnerki zostały porwane, starsza kobieta jest zaś współwinna przestępstwa. Ku ich wściekłości, udaje jej się uciec, przez co policja niezbyt wierzy w sensacyjne opowieści młodzieńców. Ich historia jest jednak prawdziwa i jak zapewne każdy czytelnik Kinomisji wie, bycie porwanym w lesie nieopodal wsi czy małego miasteczka przez zdeprawowanych fanatyków o morderczym usposobieniu nigdy nie wróży niczego dobrego.

Jak było wspomniane wcześniej, Magatani dość odważnie podchodzi do przedstawiania przemocy. Jest ona szczególnie widoczna w scenach skupiających się na losie uwięzionych dziewczyn, których liczba nie ograniczy się tylko do partnerek turystów. Co prawda, wymyślnych tortur na miarę produkcji Ishiiego czy agresywnych pinku eiga lub roman porno tutaj brak, ale i tak obrazki związanych, powieszonych, nagich kobiet są wystarczająco sugestywne, by wyróżniać film na tle ówczesnych propozycji z Japonii. Dziewczyny nie są przy tym porywane bez powodu. Otóż buraku kultywują rytuał polegający na zabijaniu dziewic świeżo wykutym ostrzem, co stanowi przygotowanie do obchodów festiwalu ognia. Szukający krwawych scen widz z zadowoleniem przyjmie informację o tym, że rytuał ów pokazany jest w całości i ze zbliżeniami na ściekającą z ciał posokę. Sceny zabójstw są szczególnie warte pochwalenia jako dość nowatorskie oraz udanie grające na emocjach. Dzięki temu z pewnością wzbudzały całkiem spory niepokój, tym bardziej, że przerażające okrucieństwa przedstawiono w kluczu realistycznym. To nie duchy, zjawy czy różnorakie potwory są tu przyczyną śmierci ludzi, lecz osoby żyjące obok widza, we współczesnym, dobrze mu znanym świecie, na dodatek pochodzące z wiadomej grupy społecznej…

Magatani nie ogranicza się przy tym do prostej historii o próbach uwolnienia dziewczyn z pułapki, wręcz przeciwnie – samym dziewczynom poświęca bardzo mało uwagi. Zamiast tego żongluje kilkoma wątkami. Wprawdzie nie zawsze ta żonglerka mu się udaje, lecz zawiera w każdym z wątków przynajmniej kilka interesujących scen oraz sprawnie wiąże je ze sobą w ostatnim akcie. Najlepiej prezentuje się wśród nich śledztwo policyjne, prowadzone dość powolnie, lecz stopniowo odkrywające tajemnicę rytuałów. Wynika ono między innymi scenami odnalezienia mieczy w podziemiach znajdującej się nieopodal świątyni, które (sceny) są jednymi z najlepszych w całym filmie. Udzielają one historycznego tła całej fabule oraz posiadają przyjemnie niepokojące nastrój, budujący grozę nawet skuteczniej niż sceny rytualistycznych mordów. Wątek kryminalny wprowadza też potrzebne produkcji napięcie, niestety nie jest to napięcie utrzymywane z należytym wyczuciem.

Mieszkający we wspomnianej świątyni mnich obiera sobie bowiem za punkt honoru tragiczne w skutkach oświecenie zacofanych mieszkańców ukrytej wioski. Zaprzyjaźnia się w tym celu z młodą dziewczyną, jako jedyną mającą kontakty ze światem poza buraku, dzięki czemu jako jedyny z zewnątrz uzyskuje dostęp do ich społeczności. Wątek ten jest raczej pretekstem do pokazania  przywar buraku z ich ogromną ignorancją i umysłowym zacofaniem na czele. O ile początkowy wgląd w wioskę jest intrygujący, późniejsze sceny niepotrzebnie go rozwlekają, sztucznie dodając motywacji napotkanej we wstępie staruszki do znalezienia kolejnej dziewicy, co jest jedynie pretekstem do popchnięcia fabuły, bez którego nie można byłoby rozpocząć tak prędko finału. Zabieg ten wypada o tyle nieprzekonująco, że ciężko uwierzyć w tak nieprzemyślane działanie starszyzny wioskowej po tylu latach skutecznego ukrywania się i kontynuowania rytuału. Tymi i podobnymi scenami podkopana także zostaje tajemnica śledztwa, jako że widz wciąż wie więcej od policjantów. To, co się jednak Magataniemu w tych scenach udaje, to wzbudzenie niechęci do antagonistów. Butni, nietolerancyjni, skorzy do przemocy, niemoralni – zwyczajnie nie sposób darzyć ich innym uczuciem niż głęboka odraza.

Odczuwanie tej odrazy jest zaś o tyle ważne, że brak tu postaci, które można darzyć większą sympatią. Zatem nienawiść wobec buraku oraz oczekiwanie na uratowanie ostatniej z dziewczyn to jedyne, co emocjonalnie angażuje widza. Nie oznacza to bynajmniej, że nie ma tu pozytywnych bohaterów, wręcz przeciwnie, jest ich nadto, lecz Magatani na tyle często przeskakuje między wątkami, że nie jest w stanie przedstawić żadnego z nich jako pierwszoplanowej postaci. Tym samym brak tu zżycia się z wybranymi jednostkami, co bezpośrednio przekłada się na brak większego przejmowania się ich losem. Na szczęście w sukurs przychodzi mu obsada z młodym Buntą Sugawarą na czele, robiąca wszystko co w ich mocy, by wypaść jako coś więcej niż jednowymiarowe postaci.

Pod względem technicznym Magatani także nie wzbija się na wyżyny. Blood Sword of the 99th Virgin jest niewątpliwie produkcją niskobudżetową, co ujawnia się w wydających się kręconych pospiesznie scenach, chaotycznym finale oraz niezapadającej w pamięć ścieżce dźwiękowej. Zamiast silenia się na artyzm, twórcy skupili się na eksploatacyjnej, sensacyjnej stronie produkcji z nadzieją, że wystarczająco zajmie ona uwagę widza i – trzeba przyznać – wiele się nie pomyli. Stąd też mimo wyraźnych problemów z prowadzeniem zwartej narracji, stereotypowego portretowania najniższej warstwy społecznej w Japonii czy braku zdjęć na miarę choćby produkcji Nakagawy nie można zaprzeczyć, że Blood Sword of the 99th Virgin  ogląda się ze sporym zaciekawieniem. Ponadto, Matagani za pomocą omawianej produkcji z pewnością wskazał na kierunek rozwoju kina eksploatacji w Japonii, co samo w sobie sprawia, że film jest wart odszukania przez wszystkich interesujących się tą bardziej agresywną formą kinowej ekspresji.

Mateusz R. Orzech

Obywatel NSK Państwa w Czasie. Prowadzi dział filmowy w Noir Cafe, publikuje w „Kulturze Liberalnej”, „Torii”, „artPapierze”… Mimo miłości do japońskiego kina, czeka na swój pierwszy kontakt z Vulcanami.

1 Trackback / Pingback

  1. Na celowniku: John Carpenter | Kinomisja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.