Blady strach (2003). Slasher kontra logika

„Już nikt nas nie rozdzieli” – szepcze w kółko młoda pacjentka szpitala psychiatrycznego, ciągle pocierając o siebie swoje kończyny. Gdy postawiona przed nią kamera zostaje włączona, szept ustaje. Po chwili pokryte licznymi ranami ciało sztywnieje. „Już nagrywacie?” – pyta dziewczyna, a my wówczas przenosimy się wprost do jej głowy. To, co zostaje nam przedstawione, nie jest historią, jaką przeżyła. To jedna wielka projekcja toczących jej umysł koszmarów.

Właściwa część fabuły zaczyna się kilka minut później. Oto dwie zaprzyjaźnione studentki jadą na wieś, do rodzinnego domu jednej z nich, aby w spokoju móc przygotować się do zbliżających się egzaminów. Opustoszała okolica okazuje się mieć jednak jeszcze jednego przybysza – tajemniczego mężczyznę, którego poznajemy, kiedy w swojej zardzewiałej furgonetce uprawia miłość oralną z odciętą głową jakiejś nastolatki. Oczywiście nieprzyjemne spotkanie tej trójki to tylko kwestia czasu.

Zaliczany do klasyki francuskiej ekstremy, Blady strach początkowo może wydawać się zwykłym slasherem, ale – choć powstał niewątpliwie z miłości do tej właśnie gałęzi kina grozy – okazuje się pozycją dosyć nietuzinkową. Alexandre Aja niemal na każdym kroku podkreśla umowność opowiadanej historii, choć jednocześnie przez dłuższy czas trwania jego dziełu daleko do jakiejkolwiek zgrywy. Główna bohatera to parafreniczka i homoseksualistka, czyli, w pewnym sensie, rozbudowana wersja bohaterki Wstrętu (1965) Romana Polańskiego. Wszyscy mężczyźni są dla niej straszni, więc seryjny morderca, który pewnej nocy wyrżnie w pień rodzinę jej przyjaciółki, musi być ucieleśnieniem wszystkiego, co w płci brzydkiej najbardziej odpychające (wedle stereotypów). Jest to więc ultra-sadystyczny ultra-prostak, podstarzały i otyły miłośnik seksu, przemocy i alkoholu, polujący na swoje ofiary w brudnym robotniczym kombinezonie.

Największym plusem filmu nie jest jednak scenariusz. Właściwie to jest właśnie jego najsłabsza stroną. Wprawdzie wszystkie absurdalne rozwiązania fabularne można uzasadnić, jednak ostatecznie brakuje tu spójności. Tyle że to niekoniecznie naprawdę istotne. Trafnie opisał ten aspekt Piotr Sawicki w swojej książce pt. Odrażające, brudne, złe – 100 filmów gore: „(…) liczy się jedynie piorunująca intensywność nowoczesnego slashera. Paranoiczna atmosfera i krwawa brutalność Bladego strachu nie pozwalają zastanowić się nad mieliznami scenariusza. Podobnie jak u Fulciego, szok paraliżuje logikę.”

Charakteryzujący się luźną konstrukcją scenariusz, choć ciekawy, dopracowany dramaturgicznie i nieprzewidywalny (w pewnym momencie zmierza w stronę mocno pulpowego pastiszu gatunku), jest w gruncie rzeczy pretekstem do jednego wielkiego popisu rzemiosła twórców. A ten jest imponujący. Szczególną uwagę zwracają zdjęcia debiutującego tu operatora Maxime’a Alexandre’a, efekty specjalne i charakteryzacja autorstwa weterana kina grozy, Giannetto de Rossiego, niezwykle realistyczna gra głównej aktorki, kruchej i twardej jednocześnie Cecile De France, a wreszcie bardzo precyzyjna reżyseria. Razem stworzyli wizualizację strachu i paranoi tak intensywną i agresywną, jak to tylko możliwe.

Nic więc dziwnego, ze film odniósł sukces, otwierając reżyserowi drogę do kariery hollywoodzkiej. Co prawda, jego „jankeska” filmografia jest nierówna, jednak udało mu zrealizować choćby parę zgrabnych remaków klasyków filmu grozy – mianowicie Wzgórza mają oczy (2006) i Piranię 3D (2010) – a w tym roku z powodzeniem szturmował światowe kina Pełzającą śmiercią (2019). Żaden z tych tytułów nie stanowi takiego ekwiwalentu ciosu w tył głowy, jak Blady strach, lecz Aja pozostaje reżyserem, którego warto śledzić.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.