Bela Lugosi i Monogram 9

Share

Różne oblicza Szalonego Węgra, czyli historia Monogramu 9

Przenieśmy się do 1931 roku. W. Ray Johnston i Trem Carr zakładają niewielką wytwórnię filmową zwaną Monogram Pictures. Ma ona specjalizować się w kręceniu niskobudżetowych filmów przygodowych, horrorów oraz science-fiction. Pod koniec lat 40. zmienia swoją nazwę na Allied Artist Pictures Corporation i nosi ją aż do swojego bankructwa w 1979 roku. Nas jednak interesuje ta jej część historii, która zaczyna się w roku 1940, kiedy do studia dołącza producent Sam Katzman i tworzy sekcję zwaną Banner Films. Podpisuje on kontrakt z Belą Lugosim i obsadza go w dziewięciu niskobudżetowych produkcjach, które po latach zostaną ochrzczone przez fanów jako Monogram 9 lub też Katzman’s 9.

Owe dziewięć filmów łączy nie tylko obecność w obsadzie słynnego odtwórcy roli Draculi, który wcielił się w nich w szalonych naukowców, okultystów czy kryminalistów. Wszystkie są tworami tanimi, kiczowatymi i przedstawiającymi niesamowicie absurdalne fabuły pełne, mimo wszystko, klasycznych motywów typowych dla horrorów/science-fiction tamtego okresu. Jest tu więc miejsce na nawiedzone domy, przeszczepy, eksperymenty, rytuały voodoo, a nawet nazistowskie intrygi.

Invisible Ghost reż. Joseph H. Lewis, 1941

Pierwszy Monogram ukazał się w kwietniu 1941 i z całej dziewiątki uchodzi za ten najlepiej zrealizowany. I faktycznie – na miarę taniego kina klasy B, pod względem aktorstwa, zdjęć czy oświetlenia film stoi na solidnym poziomie. Nietrudno jest widzowi wsiąknąć w klimat owianej mroczną aurą posiadłości, zwłaszcza że początek filmu intryguje należycie. W pierwszej scenie widzimy bowiem granego przez Lugosiego Charlesa Hesslera samotnie siadającego do stołu i rozmawiającego ze swoją nieobecną żoną. Niedługo potem dowiadujemy się, że pani Hessler odeszła od swojego męża i w wyniku wypadku samochodowego postradała zmysły. Trafia ona pod opiekę pracującego w posiadłości Hesslerów ogrodnika, ale nie stroni od składania wizyt swojemu mężowi. Ilekroć Charles widzi ją przemykającą za oknami, wpada w trans nakazujący mu zabijać.

Invisible Ghost nie jest długim filmem – trwa 65 minut – i przez dokładnie połowę jest przyjemnym dreszczowcem doprawionym szczyptą campu. Niestety po tych 30-paru minutach akcja mocno zwalnia, bo scenarzyście najwyraźniej skończyły się pomysły, wskutek czego widz musi starać się dobrnąć do końca na fali optymizmu. Nie jest to także produkcja, która komukolwiek na dłuższą sprawę zapadnie w pamięć. Szalona fabuła została wcielona w życie bardzo konwencjonalnie, zgodnie ze schematami wytyczonymi przez inne, lepsze filmy grozy.

Spooks Run Wild reż. Phil Rosen, 1941

Pierwotnie film nosił tytuł Trial of the Vampire i był siódmym z 22 filmów Monogram Pictures z udziałem grupy nastoletnich postaci znanej jako The East Side Kids (pojawiającej się w obrazach realizowanych w latach 1940-1945). Przed trafieniem pod skrzydła Sama Katzmana większość jej członków przynależała dziecięcym grupom The Little Tough Guys i The Dead End Kids. Fani kina gangsterskiego mogą kojarzyć występ tej drugiej u boku Jamesa Cagneya i Humphreya Bogarda w słynnych Aniołach o brudnych twarzach (1938). Filmy z udziałem The East Side Kids były komediami zmieszanymi z innymi gatunkami, od kryminałów, aż po horrory, czego przykładem jest Spooks Run Wild.

Główni bohaterowie – paczka przyjaciół – wyjeżdżają na obóz letni do miasteczka, w którym rzekomo ukrywa się szaleniec odpowiedzialny za serię morderstw. I cóż, grający tajemniczego jegomościa w pelerynie Bela Lugosi oraz jego karłowaty towarzysz przybywają do owej mieściny i zadomawiają się w starej zniszczonej posiadłości. Nocą jeden z chłopaków wymyka się na spotkanie z poznaną wcześniej dziewczyną. Przyjaciele podążają jednak za nim. Grupa gubi się w ciemności i trafia do do owego starego domu, gdzie rozgrywać się będą różne dziwowiska.

Nie mamy tu do czynienia z górnolotną, oryginalną komedią. Widz może przez cały seans odhaczać listę znajomych gagów i gdyby nie charyzma młodzieńczego zespołu aktorów, chemia między nimi oraz to, jak napisane były ich postacie, seans byłby męczącym doświadczeniem. Co prawda jest jeszcze Lugosi, który nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale jego występ jest zbyt mały i zbyt „na autopilocie”, by uciągnąć cały film. Przyznam, że stare domostwo i jego mroczne zakamarki mogą zrobić wrażenie na widzu zakochanym w tych klimatach. Nie znajdzie tu nic odkrywczego, lecz na pewno wsiąknie w czarno-białe kadry jak w gąbkę. Film ma także w zanadrzu całkiem niezły twist pod koniec, co przy okazji tak sztampowych wytworów zawsze można zaliczyć na plus.

Jeśli ktoś podczas oglądania Spooks Run Wild będzie mieć skojarzenia z pewną kreskówką o grupie wścibskich nastolatków i ich psie, to całkiem słusznie. To generyczne old dark house story. Z kilkoma zaletami i kilkoma wadami.

Black Dragons reż. William Nigh, 1942

Jedyny film szpiegowski w filmografii Beli Lugosiego (pochodzący z okresu, gdy ten był uzależniony od morfiny) oraz jedna z pierwszych odpowiedzi Hollywood na atak Japończyków na Pearl Harbor. Fabuła skupia się na grupie sześciu prominentnych amerykańskich przemysłowców będących w rzeczywistości sympatykami nazistów i gospodarczymi sabotażystami. Pewnego wieczoru do jednego z nich, doktora Saundersa, przybywa tajemniczy Monsieur Colomb. Zastraszając w bliżej nieokreślony sposób gospodarza zadomawia się w jego domu i od tej pory sukcesywnie eliminuje kolejnych członków grupy, podrzucając ich ciała pod siedzibę japońskiej ambasady. Sprawę zacznie badać detektyw Dick Martin i wkrótce odkrywa że owi Szacowni Amerykanie nie są wcale tymi, za których się podają.

Black Dragons to kombinacja thrillera z filmem szpiegowskim i jest moim zdaniem punktem, w którym ten nieoficjalny cykl rozkłada skrzydła. Przez pierwsze 45 minut oglądamy dobrze prowadzoną, angażującą historię okraszoną klimatem grozy. Wszak szóstkę bogatych przedsiębiorców łączy niewygodna tajemnica, a grany przez węgierskiego aktora tajemniczy Colomb ma z nimi pewne rachunki do wyrównania. Gdy dochodzimy do rozwiązania całej tajemnicy, to co zostaje nam zaserwowane (bez wdawania się w szczegóły) najlepiej opisać można przez kolokwialny „opad szczeny”. Zakończenie to jest idealnym przykładem tego, jak szalone pomysły mieli twórcy Monogramów. Choć po zagłębieniu się w nie może wydawać się głupie i naciągane, nadal pozostaje bardzo efektowne.

Z obsady nie wyróżnia się nikt, oprócz Lugosiego, który wreszcie odzyskuje swoją filmową prezencję i po raz pierwszy w tym cyklu kreuje wartą zapamiętania postać. Monsieur Colomb budzi grozę, jest tajemniczy, ale i sympatyczny w pewnych momentach.

Black Dragons pozostaje filmem klasy B, ale jest tworem o wiele lepszej jakości niż dwie wyżej opisane pozycje. Intryguje widza należycie i dostarcza satysfakcjonujące (na swój sposób) rozwiązanie.

Ciekawostka: Niektóre stock footage użyte w tym filmie to nagrania z zamieszek, które wybuchły podczas pogrzebu Rudolpha Valentino.

The Corpse Vanishes reż. Wallace Fox, 1942

Wydany w tym samym czasie, co Black Dragons i napisany przez tego samego scenarzystę Harveya Gatesa, film nie schodzi poniżej poziomu wyżej wymienionego. Początek, jak na Monogram przystało, kreśli przed nami kolejną ekstrawagancką fabułę. W czasie ceremonii kościelnych panny młode z nieznanych przyczyn wpadają w kataleptyczny stan. Uznawane za zmarłe zostają natychmiast przewożone do kostnicy. Podczas transportu bezbronne ciała zostają jednak skradzione przez tajemniczego doktora Lorenza.

Lorenz, grany przez Lugosiego, pozyskuje ciała kobiet w celu przywrócenia swojej żonie, hrabinie Lorenz, młodości. Ów kataleptyczny stan wywołuje za sprawą zmodyfikowanej genetycznie orchidei. Na tropie znikających panien młodych znajdzie się stereotypowa dziennikarka…

Podczas, gdy Black Dragons wykładało swoje najlepsze karty na stół dopiero na samym końcu, The Corpse Vanishes robi to już na samym początku. Szalona fabuła nie jest jednak historią kryminalną. Z chwilą, gdy główna bohaterka trafia na trop Lorenza, wkracza do krainy ogranych horrorowych klisz. Gdy ta wspomina taksówkarzowi, do kogo chce pojechać, ten odmawia jej transportu, a ponieważ żona doktora jest hrabiną, on sam musi być zatem hrabią (subtelne). Posiadłość, w której Lorenzowie mieszkają zostaje zaprezentowana w ujęciu identycznym do tego, które mogliśmy zobaczyć w Draculi (1931). Na tym się jednak podobieństwa nie kończą, bowiem The Corpse Vanishes sili się na niemal idealną rekonstrukcję niektórych kadrów z filmu Toda Browninga. Posiadłość jest także miejscem mrocznym, pełnym tajemnych przejść i zamieszkałym przez ekscentryczną służbę w postaci starej kobiety i jej synów (karła i upośledzonego umysłowo osiłka), a na domiar złego gospodarze lubują się w sypianiu w trumnach.

Film wraca jednak do zagadki kryminalnej pod koniec, gdy przychodzi pora na zastawienie pułapki i złapanie szaleńca na gorącym uczynku. Przejście to nastąpiłoby płynnie, gdyby nie dialogi i mało subtelna ekspozycja. Kwestie wypowiadane przez bohaterów bywają tak patetyczne i nienaturalne, że wypadają wręcz komicznie.

Czy The Corpse Vanishes dokonuje umyślnych nawiązań, czy po prostu „zrzyna” – tego się nigdy nie dowiemy. Nie uważam jednak, by miało to jakiekolwiek znaczenie. Widząc znajome motywy ukazywane w tak bezpośredni i bezwstydny sposób niejednokrotnie uśmiechałem się pod nosem. Podobnie jak przy okazji Spooks Run Wild – osoby uwielbiające historie o nawiedzonych domach i stare, ociekające mrokiem, kadry będą zachwycone.

Bowery at Midnight reż. Wallace Fox, 1942

Niejaki Fingers Dolan – złodziej – zbiega z więzienia. Szukając kryjówki przed policją trafia do jadłodajni dla bezdomnych prowadzonej przez Karla Wagnera (Lugosi). Wagner natychmiast rozpoznaje Fingersa, ale zamiast wydać go policji, proponuje mu współpracę. Wspólnie rabują jubilera, a po udanym włamaniu Wagner zabija niepotrzebnego mu już pomocnika.

Wagner w rzeczywistości nazywa się Frederick Brenner. To profesor kryminologii, który wykorzystuje swoją wiedzę oraz jadłodajnię do nawiązywania kontaktu z różnymi przestępcami w celu zwerbowania ich do kolejnych rabunków.
Zagadkę rabunków postanowi rozwiązać jeden z jego studentów…

Choć opisane przeze mnie do tej pory filmy tego nieoficjalnego cyklu nie były oczywiście dziełami wybitnymi, potrafiły dostarczyć campową rozrywkę m.in. dzięki kuriozalnym zwrotom akcji i fabularnym absurdom. Bowery at Midnight zaczyna się jak nienatchniony kryminał i pozostaje tworem po prostu nudnym. Choć sam pomysł wyjściowy ma w sobie potencjał, to jest on podany w nieciekawy i pozbawiony suspensu i napięcia sposób. Nie jest nam zaoferowane nic, co zapadłoby w pamięć, lub na czym można byłoby zawiesić oko.

Jedynym, co może intrygować – a co na dłuższą sprawę nie jest dostatecznie eksplorowane – jest postać Lugosiego i jej podwójne życie. Brenner jest z jednej strony bezwzględnym manipulatorem i przestępcą, a z drugiej – kochającym mężem i dobrym nauczycielem. Niestety więcej czasu poświęcono tej mroczniejszej stronie jego charakteru przez co kończy jako generyczny złoczyńca.

Bowery at Midnight ma jednak do zaoferowania jeden naprawdę szalony pomysł. Podziemia jadłodajni Brennera zamieszkuje szalony naukowiec, który zabitych przestępców poddaje eksperymentom i zamienia ich w zombie. Żywe trupy są nam niestety pokazane tylko przelotnie, a sam wątek mógłby zostać z filmu usunięty i nie zrobiłoby to różnicy.

Ten Monogram można sobie śmiało odpuścić, bo nawet jeśli komuś uda się dotrwać do końca, to wątpię, by następnego dnia po seansie cokolwiek z niego pamiętał.

The Ape Man reż. William Beaudine, 1943

Szanowany naukowiec, Dr James Brewster (Lugosi), znika w tajemniczych okolicznościach, czym od razu zaczyna interesować się prasa. Dziennikarz Jeff Carter (Wallace Ford – Dziwolągi [1932], Ręka Mumii [1940], Grobowiec Mumii [1941]) wraz z nową fotografką Billie Mason przeprowadzają wywiad z siostrą naukowca Agathą. Ta podczas spotkania stara się ich przestraszyć opowiadając o tym, że jej dom jest nawiedzony. Piwnica jej domu skrywa bowiem pewną tajemnicę…

Brewster poddał się bliżej nieokreślonemu eksperymentowi, wskutek którego zamienił się w pół-człowieka, pół-małpę. Jedynej szansy na wyleczenie się naukowiec dopatruje się we wstrzyknięciu sobie płynów mózgowo-rdzeniowych pobranych od zdrowej istoty ludzkiej. Problem z owym zabiegiem jest jednak taki, że aby Brewster mógł pozyskać upragniony specyfik, musi kogoś zabić. I na jednym morderstwie nie poprzestanie, bowiem działanie leku jest tylko tymczasowe…

The Ape Man jest najbardziej bezwstydny w swoim kiczu i absurdzie ze wszystkich Monogramów. Zawieszony jest pomiędzy byciem sprawnym, aczkolwiek ciut tendencyjnym filmem o szalonym naukowcu, a byciem obrazem niezamierzenie komicznym. Podopiecznym Brewstera jest bowiem goryl grany przez aktora w mało przekonującym gumowym przebraniu. Lugosi przywdziewa z kolei niezbyt wyszukaną charakteryzację, a jego próba imitacji małpich ruchów potrafi wywołać u widza uśmiech rozbawienia. Wynika to nie tyle z samej gry aktorskiej (Lugosi zdaje się świetnie odnajdywać w roli szalonego naukowca i dostarcza bardzo dobrą kreację), co raczej ze świadomości, że widzimy Hrabiego Draculę zachowującego się jak małpa.

Rzecz jasna, nie należy tego filmu brać na poważnie – w zderzeniu z tak kuriozalną fabułą jest to w końcu niemożliwe – ale nie jest wcale pokraczny. Dobrze zagrany, klimatyczny, posiadający szybkie tempo, ma także solidną dawkę campu, która niejednemu amatorowi kiczu dostarczy rozrywki. Pozycja obowiązkowa.

Ghosts on the Loose reż. William Beaudine, 1943

Był to film specjalny dla Monogram Pictures, ponieważ wytwórnia MGM wypożyczyła im jedną ze swoich aktorek – Avę Gardner – do zagrania głównej roli żeńskiej. East Side Kids powracają, wcielając się w inną, a zarazem bardzo podobną do poprzedniej grupę przyjaciół. Siostra jednego z nich – Betty – wychodzi za mąż, w związku z czym cały gang mobilizuje się, by wystąpić jako chór w czasie ślubu. Młoda para ma wprowadzić się w pobliże domu uchodzącego za nawiedzony. W rzeczywistości, owo stare domostwo jest kryjówką nazistowskich szpiegów, którzy niezbyt przychylnie podchodzą do obecności sąsiadów i ryzyka zdemaskowania. Może to mieć miejsce, ponieważ oba domy połączone są ze sobą siecią podziemnych tuneli. Na noc przed przeprowadzką, chłopcy postanawiają wysprzątać dom młodej pary, jednak w ciemności wchodzą nie tam, gdzie powinni…

Ghosts on the Loose posiada tytuł nic a nic nie związany z jego treścią i domyślam się, że miał być tylko nawiązaniem do Spooks Run Wild. Oba filmy są do siebie bardzo podobne, nie tylko w kwestii humoru, ale i nawet niektórych elementów fabularnych. Problem polega na tym, że Ghosts nie posiada ani grama uroku swojego poprzednika i jest tworem boleśnie nużącym. Stare domostwo wygląda jak każde inne, a na akcję wewnątrz także nie składa się nic choć odrobinę ciekawego. Fani Lugosiego również będą zawiedzeni, bowiem jest go tu jak na lekarstwo. Są co prawda East Side Kids, ale taki występ już od nich dostaliśmy, w dodatku miał on o wiele lepszą otoczkę.

Ten Monogram można sobie odpuścić, bo to tylko rozwodniona wersja filmu, który już na początku nie był niczym wybitnym, ale przynajmniej dostarczał jakąś rozrywkę.

Return of the Ape Man reż. Phil Rosen, 1944

Jedyny z dziewięciu Monogramów, który z jakiegoś powodu nie należy do domeny publicznej. Mi samemu udało się do niego dotrzeć tylko i wyłącznie dzięki uprzejmości jednego z członków facebookowej grupy A Celebration of The Life and Art of Bela Lugosi, który udostępnił mi jego kopię. Choć film został nakręcony przed wydanym w tym samym roku Voodoo Man, o którym za chwilę, swoją premierę miał dopiero po nim. Wbrew tytułowi, nie jest to sequel The Ape Man. Bela Lugosi wciela się w innego naukowca – doktora Dextera, który wynalazł maszynę przywracającą do życia osoby zahibernowane. Eksperyment ze świeżo zamrożonym, zgarniętym z ulicy bezdomnym kończy się sukcesem, jednak Dexter chciałby przeprowadzić go na kimś, kto był uwieziony w lodzie przez miliony lat. W związku z tym wraz ze swoim asystentem, profesorem Jimem Gilmorem, wyruszają na Antarktydę, gdzie znajdują idealnie zachowane ciało neandertalczyka. Oczywiście, przywrócenie go do życia również się udaje, ale ów pierwotny człowiek wykazuje się bardzo agresywnym zachowaniem i musi być trzymany w zamknięciu. Dexter wpada wówczas na pomysł dokonania przeszczepu mózgu swojemu znalezisku, czemu przeciwny jest Gilmore. Obsesja Dextera doprowadzi w końcu do tragedii…

Nie mamy tu może do czynienia z oryginalnym podejściem do tematu szalonego naukowca, niemniej jednak zostało ono wcielone w życie wyśmienicie. Return of the Ape Man uchodzi wśród niektórych fanów za jeden z lepszych filmów Lugosiego o tego typu postaciach. Podobnie jak jego „poprzednik”, posiada szybkie tempo akcji, nie nudzi, a raczy widza tanimi, ale uroczo wyglądającymi efektami specjalnymi (np. aktorzy stojący na tle olbrzymich fotografii gór czy miasta), przewyższa go natomiast poziomem aktorstwa, w końcu w głównych bohaterów wcielają się utalentowane persony. W filmie miał wystąpić także George Zucco i choć jest w napisach początkowych wymieniony jako członek obsady, z powodu problemów zdrowotnych został niemal całkowicie zastąpiony w roli neandertalczyka przez Franka Morana.

Film, choć trudno dostępny, wart jest wszelkiego trudu. To wysokopoziomowa, campowa, trwająca zaledwie godzinę, rozrywka i najlepsze co ma do zaoferowania Monogram 9. Mi osobiście podczas oglądania „rogal z twarzy nie schodził”.

Voodoo Man reż. William Beaudine, 1944

Pierwotnie film miał nazywać się Tiger Man i być adaptacją powieści Andrew Colvina o tym samym tytule, jednak gdy postanowiono zmienić tytuł na Voodoo Man, pisarz nie został w napisach początkowy w ogóle wspomniany. George Zucco, który nie mógł w pełni wystąpić w Return of the Ape Man, wciela się tutaj w niejakiego Nicholasa – właściciela stacji benzynowej. W rzeczywistości pomaga on tajemniczemu doktorowi Richardowi Marlowe w chwytaniu zbłąkanych młodych kobiet, aby następnie wykorzystać je w rytuałach voodoo. Celem Marlowe’a jest wskrzeszenie swojej zmarłej żony, jednak dotychczas jego próby kończyły się niepowodzeniem. O serii zaginięć dowiaduje się przypadkiem szukający natchnienia scenarzysta, kiedy znika spotkana przez niego kuzynka jego żony…

Voodoo Man, choć przedstawia kolejną zakrapianą absurdem historię, bardzo mocno przypomina horrory z wytwórni Universal. Nie tylko za sprawą obecności George’a Zucco i Johna Carradine’a (który wciela się w kolejnego upośledzonego pomocnika szalonego naukowca), ale także scenografii i z lekka naiwnego, choć nadal orientalnego, ukazania elementów obcej kultury. Co więcej, jest to Monogram o najmniejszej ilości campu. Na pewno widz nie musi podchodzić do tej produkcji z takim dystansem, jak do niektórych wcześniej opisanych.

Tematyka voodoo na pewno jest silnym atutem dzieła, choć nie jest to twór na miarę White Zombie (1932) czy I Walked With a Zombie (1943). Był on jednym z moich pierwszych kontaktów z Monogramem 9 (wtedy nie wiedziałem nawet, że się do niego zalicza) i zarówno przy pierwszym, jak i drugim seansie podszedłem do niego bez konieczności przymrużenia oka. To solidny horror klasy B, dostarczający innej, bardziej „konwencjonalnej” rozrywki aniżeli Return of the Ape Man czy The Coprse Vanishes.

BONUS

Monogram Pictures może się także pochwalić przeobrażeniem czterech znanych ikon horroru w azjatyckich detektywów. Peter Lorre wcielił się w Pana Moto i otrzymał cykl ośmiu filmów. Warner Oland stał się Charliem Chanem i odegrał tę postać w aż szesnastu filmach. Boris Karloff został Panem Wongiem w sześciu filmach. Do tego grona dołączył także Lugosi, który wcielił się w innego Pana Wonga w dziesiątym (choć pierwszym chronologicznie) filmie dla Monogram Pictures, którym był…

The Mysterious Mr. Wong reż. William Nigh, 1934
(nie mylić z The Mystery of Mr. Wong [1939] z Karloffem od tego samego reżysera)

Obraz inspirowany opowiadaniem Herry’ego Stephena Keelera pt. The Twelve Coins of Confucius. Przed swoją śmiercią Konfucjusz obdarował swoich najbardziej zaufanych przyjaciół dwunastoma złotymi monetami. Legenda głosi, że ten, kto posiądzie je wszystkie, zdobędzie władzę nad olbrzymią chińską prowincją. Tego zadania podejmuje się złowieszczy Fu Wong, a Chinatown wstrząsa seria morderstw. Ponieważ śledztwo prowadzi niezbyt rozgarnięty policjant, zagadkę dwunastu złotych monet postanawia rozwiązać pewien dziennikarz…

The Mysterious Mr. Wong nie jest horrorem, ani nawet kryminałem, lecz filmem przygodowym z elementami komedii. Pierwszym, co rzuca się w oczy (oprócz dość stereotypowego przedstawienia Chińczyków), jest brak azjatyckich aktorów w obsadzie. Brak też jakiejkolwiek wiarygodnej charakteryzacji u aktorów wcielających się w Chińczyków. Trudno jest nie poczuć się specyficznie widząc Lugosiego jako chińskiego geniusza zbrodni operującego nadal swoim twardym, węgierskim akcentem. Nie jest to wada, a raczej produkt swoich czasów, o którym mimo wszystko warto jest wspomnieć.

The Mysterious Mr. Wong to film bardzo kameralny i skromny – jego akcja ogranicza się do kilku miejsc, z kolei scenografie zdają się nie posiadać dużej przestrzeni. W fabule można dopatrzeć się pewnych inspiracji o dwa lata młodszą Maską Fu Manchu z Borisem Karloffem. Tam również mieliśmy postać złego Chińczyka poszukującego artefaktów zdolnych uczynić go wielkim władcą. W dodatku Wong, podobnie jak Fu Manchu, posiada własną salę tortur.

Przejście w stronę komedii ma miejsce nagle, ale nie wydaje się ani trochę wymuszone. Humor początkowo objawia się w kreacji Wallace’a Forda, który idzie na całość i ma ewidentną frajdę z rzucania dowcipami, robienia min i podchodzenia do wszystkiego z całkowitym brakiem powagi. Gdy jego przyjaciółka dostaje ciasteczko z wróżbą mówiącą, że spotka ich niebezpieczeństwo, film serwuje nam slapstickową komedię, w której bohaterowie cudem unikają kolejnych zamachów na ich życie.

The Mysterious Mr. Wong niejednokrotnie przywodził mi na myśl filmy gangsterskie z okresu kina niemego, takie jak Outside the Law (1920), The Penalty (1920) czy The Shock (1923), w których czarny charakter musiał mieć kryjówkę z tajemnymi przejściami i co najmniej jedną zapadnią. To tani, może nawet sztampowy film, ale uroczy i nie marnujący czasu widza (przy 50. minutach trudno o coś takiego). Trudno jest nie obdarzyć sympatią postaci Forda i trudno jest nie ulec demonicznej prezencji Lugosiego kolejny raz…

Michał Mazgaj
Student filologii polskiej, znerwicowany pisarz poeta grafoman, wielbiciel starego kina w każdym wydaniu i nisz, o których mało kto słyszał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.