Bękarty diabła (2005). Komu w drogę, temu śmierć

W 2003 roku Rob Zombie postanowił wyważyć z buta drzwi do filmowego światka, debiutując głośnym i kontrowersyjnym Domem tysiąca trupów. Miłośnicy pokręconego kina grozy z miejsca pokochali „przygody” psychopatycznej rodzinki Firefly’ów, będące makabrycznym miksem komiksowego kina gore i czarnej komedii. Film, choć początkowo mający problemy z dystrybucją, spotkał się z przychylnością publiki, więc Zombie już dwa lata później postanowił pójść za ciosem, ponownie zapraszając na ekrany kin swoich nietuzinkowych antybohaterów.

Opustoszałe rejony, burdele, obskurne motele i seryjni mordercy w centrum uwagi. Amerykańskie południe wyjątkowo chętnie portretowane jest przez filmowców jako kraina ludzi rozkochanych w przemocy. Tym tropem podąża również Zombie, który podobnie jak i w swoim debiutanckim filmie, tak i tutaj składa hołd klasykom kina eksploatacji, z kultową Teksańską masakrą piłą mechaniczną (1974) Tobe’a Hoopera na czele.

Tym razem twórca zaprasza nas do podupadającego rancza gdzieś na teksaskim zadupiu. Ciszę mocno sennego poranka przerywa gwałtowna strzelanina pomiędzy lokalną policją a ukrywającą się rodziną Firefly’ów. Z opresji cało wychodzi jedynie część gangu, Otis i Baby, którzy już wkrótce rozpoczną polowanie na kolejne ofiary, po drodze łącząc siły z  zaprzyjaźnionym Kapitanem Spauldingiem (Sid Haig), o którym Roger Ebert pisał, że jego zęby straszniejsze są nawet niż jego makijaż psychopatycznego klauna. W świecie, gdzie diabeł mówi dobranoc, a najlepiej zabija się do klasyków rock and rolla, możemy być pewni, że trup będzie słał się wyjątkowo gęsto.

Tobe Hooper czerpiąc inspirację z ponurej rzeczywistości przełomu lat 60. i 70., rozczarowanej kondycją człowieka, nadał złu ludzką twarz, odchodząc tym samym od eskapizmu horrorów, które grozę utożsamiały z pierwiastkiem nadnaturalnym. Głównymi bohaterami Teksańskiej masakry piłą mechaniczną uczynił rodzinę zdegenerowanych psychopatów-kanibali, lubujących się w mordowaniu zabłąkanych turystów. Na gruncie ściśle fabularnym Rob Zombie powtarza ten sam schemat. Rodzina Firefly’ów wszak również poluje na mniej lub bardziej przypadkowe ofiary, czerpiąc perwersyjną przyjemność z okrutnych tortur. Zombie postanowił jednak wykorzystać ten trop po swojemu, mając świadomość, że od premiery kultowego majstersztyku Hoopera wiele się w portretowaniu kinowej brutalności zmieniło. W epoce zacierania znaczeń, sama przemoc już nikogo nie szokuje, a kolejna historia o rodzinie psychopatów mordujących przypadkowe osoby byłaby tylko kolejnym bezsensownym festiwalem przemocy.

Kontrowersyjny muzyk-reżyser postanowił więc zaszokować w inny sposób, czyniąc ze zwyrodniałej rodzinki, jednostki wzbudzające sympatię, a z przemocy makabryczną zabawę. Dlatego też nikogo nie dziwi fakt, że w filmie Zombiego znajdziemy zarówno takie sceny, w których troje seryjnych morderców wygłupia się, imprezuje czy kłóci się o pójście na lody, jak i takie, gdy okrutnie znęca się nad swoimi ofiarami. Cały czas uśmiechając się przy tym ironicznie. Mistrzynią w tej kwestii pozostaje Baby Firefly (Sheri Moon Zombie), przerysowana lolitka, wybuchowa mieszanka niewinności i drapieżnego seksapilu, co zresztą pomaga jej w znajdywaniu kolejnych ofiar.

Wyjątkowo długa sekwencja w motelu, pełna tortur, upokorzenia fizycznego i psychicznego, zakończona traumatycznym finałem, wyrzuca widza daleko poza sferę komfortu – niczym chociażby pamiętne sceny z Ostatniego domu po lewej (1972) Wesa Cravena. Prym wiedzie tutaj Bill Moseley jako Otis Driftwood, którego maniakalne usposobienie nakręca tą spiralę przemocy. Morderstwo dwóch mężczyzn, zakończone oskalpowaniem jednego z nich i „użyczeniem” skóry z twarzy jego partnerce, można z kolei potraktować jako ukłon w stronę innej kultowej roli aktora – Chop Topa z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną 2 (1986), który w jednej ze scen sam szlachtuje brzytwą siebie oraz główną bohaterkę.

Przemoc w filmie Zombiego uderza w widza w inny sposób, niż kilka dekad temu robiło to obskurne kino eksploatacji. Uderza nie tyle swoim okrucieństwem, co jego banalizacją. Wydźwięk zbrodni jest neutralizowany przez wywrotowe poczucie humoru. Rodzinka morduje jakby od niechcenia, dla zabicia czasu, traktując śmierć jako swoistego rodzaju teatrzyk. Weźmy pod uwagę też fakt, iż chodzi tu o zdeprawowaną familię masowych morderców, którzy nazywają siebie imionami postaci zagranych przez mistrza komedii Groucho Marxa. A bezlitosny szeryf (znakomity William Forsythe), próbując rozpracować motywy ich działania, wzywa na pomoc… krytyka filmowego.

Napędzany rządzą zemsty stróż prawa szybko okazuje się być równie brutalny co sam klan Firefly’ów. Wynajmuje dwóch łowców głów (Danny Trejo i wrestler Diamond Dallas Paige), którzy nie zawahają się przed niczym, aby wytropić członków morderczej rodzinki. Nawet jeżeli miałoby się to wiązać z zabiciem wszystkich pracownic lokalnego burdelu. Przybytku, w którym, co ciekawe, w jednej z ról przewija się inny kultowy dla kina grozy aktor: Michael Berryman, czyli niezapomniany Pluto ze Wzgórza mają oczy (1977).

Cała ta masakra stanowi jedynie przedsmak tego, co dla tytułowych bękartów przygotował niezłomny szeryf. Tutaj nie ma walki pomiędzy prawymi bohaterami a kompletnymi degeneratami. Każdy w równym stopniu tapla się w szambie niemoralności i przemocy. Podobnie jak my, widzowie, którzy z perwersyjną przyjemnością obserwujemy całe to okrutne przedstawienie. Momentami łapiąc się na tym, że, czy tego chcemy czy nie, kibicujemy Baby i spółce. Szczególnie w finale filmu, który jest kropką nad i, postawioną nie przez przedstawicieli władzy, ale maniakalną rodzinkę, która odchodzi (?) w blasku chwały z hipisowskim szlagierem Free Bird w tle. Jest tu kurz i brud westernów, jest i obskura kina eksploatacji. Kto jest łowcą, kto zwierzyną? Nie u Zombiego takie klarowne podziały. O tym, jak bardzo kochamy psychopatów i ich przygody, reżyser opowie nam po raz kolejny już w przyszłym roku, wraz z premierą następnej odsłony przygód klanu, czyli 3 from Hell.

Marta Płaza

Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa. Miłośniczka horrorów, gór i kociego futra. Po godzinach marzy o wyjeździe do Nowego Jorku na festiwal filmów Tromy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.