Autostrada do piekła (1991). Orfeusz z fast foodu

Czasem wystarczy jeden zły zakręt na rozstaju dróg, pochopnie podjęta decyzja, by wpakować się w kłopoty – tak od dekad uczą nas twórcy kina grozy. Bo na odludziach czyhają mutanci-kanibale, milczący psychole z maczetami, a w najlepszym przypadku sadystyczni wieśniacy. Może jednak trafić się i tak, że zbaczając z utartych szlaków natrafimy na Niego we własnej osobie. Rogatego upadłego anioła, który pragnie wziąć w niewolę nasze dusze.

Charlie (młodszy brat Roba Lowe, Chad) i Rachel (Kristy Swanson) to para młodych zakochanych, którzy w tajemnicy przed rodzicami zamierzają się pobrać. Wyruszają w tym celu w podróż do Las Vegas, jednak po drodze nierozważnie zbaczają z autostrady na jedną z pobocznych dróg. Pomimo przestróg podstarzałego właściciela stacji benzynowej decydują się nie zawracać, oszczędzając przy tym kilka godzin jazdy. Nie wiedzą, że droga którą podążają to sekretne przejście do zaświatów, które patroluje „Piekielny Gliniarz” (C.J. Graham). Diabelski wysłannik porywa Rachel, by oddać ją w prezencie swemu Panu. Charlie zaś postanawia przedostać się na „drugą stronę” i odzyskać ukochaną z uścisku mocy ciemności…

Autostrada do piekła wyraźnie czerpie z mitu o Orfeuszu i Eurydyce, klasyczną przypowieść ubiera jednak w postmodernistyczny kostium. O ile bowiem rzeka Styks i trzygłowy Cerber są tutaj obecni, to cała reszta stanowi popkulturowy misz-masz, co niejako przepowiada już sam tytuł filmu, zaczerpnięty z nieśmiertelnego killera AC/DC. Stojący za kamerą Holender Ate de Jong miesza horror, groteskę i czarny humor, oferując jazdę zarówno mocno pokręconą, jak i wciągającą. Za podstawę ma scenariusz początkującego wówczas Briana Helgelanda, który na tym etapie miał już jednak za sobą pracę przy skryptach do czwartej części Koszmaru z ulicy Wiązów (1988) i Telefonu do piekła (1988) Roberta Englunda. Nie uświadczymy tutaj póki co pisarskiej precyzji spod znaku Tajemnic Los Angeles (1997), niemniej Helgeland z dużą wprawą odmierza składniki, jednocześnie oferując natłok atrakcji i unikając przesytu. Reguły świata przedstawionego są więc dość elastyczne, ale nie nieistniejące, co pozwala zagłębić się w tę ekscentryczną wizję z ufnością i zaangażowaniem.

De facto, Autostrada to pyszny rozgardiasz prosto z ery wypożyczalni VHS. Odjechany design stworów z zaświatów, na czele z gliną z piekła, który wygląda jakby urwał się z filmu Clive’a Barkera, uraduje każdego maniaka B-klasowych, grzesznych przyjemności. Przedsionek królestwa ciemności to zaludniona przez wszelkiej maści dziwaków pustynia (to tutaj bohater spotyka cały klan aktorski… Stillerów w ekstrawaganckich epizodach, jak i rockową diwę Litę Ford, która daje prosty przepis na to, jak dostać się do piekła: „sex, drugs & rock’n’roll”), dalej jest już tylko czysta gehenna. Aby odzyskać swą oblubienicę, nieszczęsny Charlie będzie musiał zawrzeć układ z samym Szatanem (Patrick Bergin), co – jak wiadomo – nie może dobrze się skończyć. Grunt jednak, że twórcy ani na chwilę nie tracą z pola widzenia rozrywkowego potencjału: to dowcipna, sprawnie poprowadzona rzecz.

Czemu zatem omawiana pozycja trafiła na dolną półkę wspomnianej wypożyczalni, zbierając na niej kurz, miast podzielić los, dajmy na to, Soku z żuka (1988), filmu o bliźniaczej przecież tematyce, potraktowanej z podobnie wyrazistym przerysowaniem? Cóż, de Jong (który notabene nie zagrzał długo miejsca w Hollywood i prędko powrócił w rodzinne strony) z pewnością nie posiada wyobraźni na miarę Tima Burtona; to rzemieślnik, który chętnie sięga po klisze i sprawdzone rozwiązania. Jak na tytuł opatrzony „R-ką” Autostrada jest też raczej zachowawczym filmem: przemoc występuje tutaj jedynie w komiksowo przerysowanym wydaniu, a golizna pojawia się w skromnych ilościach. Specjalny shotgun na demony robi wprawdzie pokaźne dziury w upiorach i sukkubach, ale nie ma tu nic, co mogłoby zwichrować psychikę przeciętnego jedenastolatka. Tym samym, dostajemy rozbrykany przejaw ejtisowej wrażliwości (zdjęcia powstały jeszcze w 1989 roku): nieprzesadnie oryginalny, miejscami może wręcz niemądry, niemniej te półtorej godziny w piekielnych dekoracjach nie będzie czasem straconym dla nikogo, kto gustuje w klimatach nieodżałowanej dekady pudel metalu. Słowem: nie taki diabeł straszny, jakim go malują, a wręcz czasem może być dobrym kompanem do piwa i pizzy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.