Armia Boga (1995). Tam, gdzie spadają anioły

Gregory Widen nie posiada bogatej filmografii, jest raczej okazjonalnym scenarzystą serialowym. Zaznaczył jednak swoją obecność w popkulturze tworząc scenariusz do kultowego dziś Nieśmiertelnego (1986). Co prawda, jego praca została dość mocno zmieniona przez innych, jednak jest on wymieniany jako ojciec zarówno tego filmu, jak i całej podążającej za nim serii. Armia Boga to zaś jego reżyserski debiut. Wyprodukowana przez Dimension Studios i nakręcona za ok. 8 mln $ zdołała zarobić ponad dwukrotność swojego budżetu, a także na przestrzeni lat została otoczona kultem i doczekała się aż czterech sequeli (1998-2005; wszystkie jednak z kategorii „direct-to-video”). Autor historii o nieśmiertelnym szkockim góralu wziął tutaj na warsztat motywy biblijne, tym razem dostarczając stuprocentowo własną, krystaliczną i niczym nie wzruszoną wizję filmową.

Bohaterem Armii Boga jest przyszły ksiądz Thomas Dagget (Elias Koteas). Podczas przyjmowania święceń kapłańskich ma on wizję – widzi mordujące się nawzajem legiony aniołów w Niebie. Widzenie to przeraża go do tego stopnia, że całkowicie schodzi ze ścieżki wiary, a po jakimś czasie zaczyna pracę jako detektyw policyjny. Pewnego dnia odwiedza go w mieszkaniu tajemniczy jegomość imieniem Szymon (Eric Stoltz) i pyta go, czy nadal wierzy w istnienie Boskiego Planu.

Szymon jest aniołem przybyłym na Ziemię w celu zabrania ze sobą najczarniejszej ludzkiej duszy. W Niebie bowiem faktycznie toczy się wojna między aniołami wiernymi Bogu a zazdrosnymi o ludzi, dowodzonymi przez archanioła Gabriela (Christopher Walken). Nadzieją na zwycięstwo jednej ze stron jest owa mroczna dusza, należąca swoją drogą do zmarłego sadystycznego pułkownika Hawthorne’a (Patrick McAllister). Ponieważ nikt nie zna się na prowadzeniu wojny lepiej niż człowiek.

Dzień po spotkaniu z Thomasem, Szymon zostaje zaatakowany przez jednego ze swoich zbuntowanych braci – anioła Uziela (Jeff Cadiente). Zabija go i ranny wyrusza do wyludnionego miasteczka Chimney Rock, gdzie pochowany został Hawthorne. Nie wie, że Gabriel zstąpił z Nieba, by osobiście odebrać od niego duszę.

Tymczasem policja znajduje martwego Uziela, a sprawa zostaje powierzona nikomu innego jak Thomasowi. Sekcja zwłok i znalezienie egzemplarza zabytkowej Biblii z dodatkowym, dotychczas nieznanym rozdziałem Apokalipsy dają Daggetowi do zrozumienia, że nie ma on do czynienia ze zwykłym nieboszczykiem. Gdy ciało martwego anioła zostaje w tajemniczych okolicznościach spalone w kostnicy, decyduje się na wyjazd do Chimney Rock w poszukiwaniu odpowiedzi.

Choć, jak pisałem, scenariusz do Nieśmiertelnego został swego czasu dość gruntownie przepisany przez innych scenarzystów, to opowiadana w nim historia zachowała nostalgiczny, a chwilami wręcz melancholijny, klimat, który obecny jest także w Armii Boga. Widen, mimo bycia początkującym reżyserem, zadbał o dostarczenie ogromu pamiętnych kadrów. Nostalgia jest tutaj budowana przez muzykę Davida C. Williamsa oraz przez jesienną kolorystykę – w obrazie dominują brąz, czerwień, żółć i pomarańcz.

Największym bogactwem Armii Boga – podobnie zresztą jak i Nieśmiertelnego – są nie tylko wyraziści bohaterowie, ale także oryginalna fabuła dająca wgląd do fascynującego, działającego na wyobraźnię uniwersum. Zacznijmy od tego, że historia jest niezwykle kameralna – miejscem akcji jest małe wyludnione miasteczko pośrodku pustkowia, czyli lokacja, której raczej nikt nie podejrzewałby o bycie polem bitwy o losy wszechświata – w związku z czym obok wspomnianych jesiennych barw często będziemy widywać brud i kurz. Co więcej, film jest bardzo minimalistyczny w kwestii scen akcji. Wszelkie starcia między aniołami są bardzo krótkie, finałowa konfrontacja z kolei o wiele bardziej opiera się na dialogu, aniżeli na fizycznej walce. Tym, co jednak przykuwa uwagę najbardziej jest niezwykle cielesne ukazanie postaci aniołów – można je zabić poprzez wyrwanie im serca, każdy z nich posiada znamię symbolizujące jego imię, mogą nie posiadać oczu (jak zabity na początku Uziel), poruszają się w nienaturalny sposób, są hermafrodytami, a także mogą używać swojego węchu i zapachu do tropienia innych jak zwierzęta. Wydobycie duszy z ciała polega zaś na dosłownym wyssaniu jej z osoby, co prowadzi do dwóch „niepoprawnie politycznie” wyglądających scen – gdy Szymon całuje zwłoki Hawthorne’a, by pozyskać jego duszę i gdy przekazuje ją w ten sam sposób małej dziewczynce imieniem Mary (Moriah Snyder).

Obdarłszy anioły ze swoich najbardziej charakterystycznych atutów, Widen dodatkowo uczłowiecza je. Podobnie jak my, grzeszą zazdrością, a nawet przechodzą przez zwątpienie i kryzys wiary. Tutaj trzeba przyjrzeć się antagoniście filmu. Grany przez Christophera Walkena Gabriel jest złoczyńcą unikalnym. Z jednej strony jest ucieleśnieniem słowa „edgy” (i mam tu na myśli wyłącznie jego slangowe znaczenie) ze swoimi powiedzonkami typu „Zawsze wyczuję cmentarz” czy „Zabijam pierworodnych na oczach matek”, z drugiej potrafi być rozbrajająco zabawny – czy to kiedy droczy się ze wskrzeszonym przez siebie Jerrym (Adam Goldberg), czy kiedy wita się ze wskrzeszoną przez siebie i przerażoną tym faktem kobietą z uśmiechem na ustach. W skrócie, postać ta przeskakuje z kiczu rozgrywanego z powagą do jawnej komedii i na odwrót.

To wszystko jest jednak tylko fasadą, bowiem Gabriel jest pod tym wszystkim postacią pełną gniewu, żalu i na swój sposób tragiczną. To odepchnięte dziecko, zazdrosne o swojego Ojca, chcące znów być w centrum uwagi. Dodawszy do tego wszystkiego ekscentryczną manierę aktorską Walkena, z pełnym bogactwem szeptania niektórych kwestii i akcentowania wyrazów na różne dziwne sposoby, otrzymujemy złoczyńcę, który fascynuje, a którego trudno jest nienawidzić, bowiem zawsze zrobi lub powie coś wywołującego szczere rozbawienie. Bez wątpienia kradnie on film dla siebie i jest jego (nomen omen) najjaśniejszym punktem.

Konkurować z Gabrielem może jedynie Lucyfer, w którego wcielił się Viggo Mortensen. To o wiele mniejsza rola od wyżej opisanej, ale równie wyrazista. Widzimy bowiem Diabła bezwzględnego, okrutnego i dzikiego, a z drugiej strony… jest on postacią pozytywną i doradza głównemu bohaterowi jak rozprawić się z zagubionym aniołem.

Po drugiej stronie barykady znajduje się m.in. anioł Szymon, który, choć sam nie wie kto ma w tym konflikcie rację, woli robić to, co każe mu Bóg, oraz niedoszły ksiądz Thomas Dagget i grana przez Virginię Madsen nauczycielka Katherine. Z aktorami wcielającymi się w pozytywnych bohaterów wiąże się mój jedyny poważny zarzut względem filmu – ich gra jest mocno nierówna, gdyż są sceny, w których np. Elias Koteas wypada bardzo wiarygodnie, natomiast w innych mówi dziwnym, twardym akcentem. To samo tyczy się Virginii Madsen, której aktorstwo jest niekiedy mocno „drewniane”. Swoją drogą, pisząc o występującej w Armii Boga obsadzie trudno jest nie zauważyć, że Christopher Walken, Eric Stoltz oraz pojawiająca się w późniejszej partii filmu Amanda Plummer wystąpili rok wcześniej w Pulp Fiction Quentina Tarantino.

Jednym z filarów, na których stoi Armia Boga jest konfrontacja wątpiącego człowieka z wątpiącym aniołem. Tematyka wiary zostaje potraktowana z powagą, aczkolwiek film nie bał się podejść do mitów biblijnych ze sporym dystansem, wywracając przy tym pewne schematy do góry nogami – wszakże archanioł Gabriel jest postacią negatywną, a Szatan wspiera pozytywnych bohaterów – a także na rzucenie w stronę widza garści humorystycznych scen, ponieważ trudno jest potraktować przejaskrawioną postać Gabriela i szereg powiązanych z nią sytuacji poważnie. Film nawet jawnie nawiązuje do darwinizmu – Gabriel wielokrotnie nazywa ludzi „gadającymi małpami”.

Armia Boga fascynuje w sposób podobny do Nieśmiertelnego. Przedstawia wycinek niezwykle pojemnego uniwersum, opowiadając przy tym historię pełną pamiętnych bohaterów i otoczoną niezwykłą aurą. To dzieło bardzo oszczędne w  środkach, ale po części na tym polega jego urok. Podchodzi do tematu wiary ze świeżością, która zdoła zauroczyć nawet zatwardziałego ateistę (jak na przykład mnie). Mogę się także założyć, że dzieło Widena było inspiracją dla Erica Kripke przy tworzeniu postaci aniołów do serialu Nie z tego świata (2005-).

Jak już wspomniałem na początku, Armia Boga doczekała się wielu kontynuacji. Dwie pierwsze, mimo iż dość wiernie oddawały klimat zapoczątkowanego przez Widena uniwersum, były tworami przeciętnymi i nie dysponowały mocnymi fabułami. Były to nieudolne próby kontynuacji historii, która została już tak naprawdę zamknięta (brzmi znajomo, prawda?). Ostatnie dwa sequele, noszące podtytuły Bunt i Zapomnienie (oba z 2005 roku), rozpoczynają zupełnie nową, odrębną historię, która niestety nie doczekała się żadnej konkluzji. Co więcej, w obsadzie nie mają też kluczowego dla cyklu Christophera Walkena. Po wszystkie cztery mogą sięgnąć osoby zauroczone Widenowskim światem aniołów. Jednak, oczywiście, pierwszy film pozostaje niedoścignionym i bardzo, bardzo niedocenianym klasykiem.

Michał Mazgaj

Student filologii polskiej, znerwicowany pisarz poeta grafoman, wielbiciel starego kina w każdym wydaniu i nisz, o których mało kto słyszał.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.