Arcydzieła grindhouse’u: The Whip and the Body (1963)

Share

„You haven’t changed I see! You’ve always loved violence!”

Gdy zaczynam pisać ten wstęp, jest już ciemno, a za oknem szaleje przeraźliwa wichura, której przenikający przez ściany szelest doprowadza mnie do szału. Wiem, że prawdopodobnie dziś wieczorem nie zasnę, zwłaszcza że atakuje mnie nieznośny potok myśli, od tych związanych z trudami dnia codziennego, po tematy bardziej losowe. Jakby znikąd przypomina mi się cytat pochodzący z  Anny Kareriny Lwa Tołstoja: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa jest nieszczęśliwa na swój sposób”. Zdaje się, że dość trafnie opisuje on złożoność relacji wśród krewnych. W końcu, oprócz bliskości, rodzina może wiązać się z niechęcią, skrywanymi długo żalami, czy czasem nawet otwartą wrogością. To bardzo wdzięczny temat na scenariusz filmowy i choć problemy rodzinne kojarzą się bardziej z dramatem obyczajowym, niźli z horrorem, to i w tym gatunku – a w szczególności jego gotyckiej odmianie – zdarzały się historie, w których wspomniane już relacje mają duże znaczenie dla fabuły.

O rodzinie opowiada chociażby The Whip and the Body (w krajach anglojęzycznych znane też czasem jako The Whip and the Flesh, Night is the Phantom, Son of Satan czy What) w reżyserii Mario Bavy. Akcja filmu rozpoczyna się w chwili powrotu Kurta, syna marnotrawnego rodu Menliffów, do swojego dawnego domu. Wygnany i wydziedziczony z powodu skrajnej nieobyczajności, panicz pragnie odzyskania swego tytułu ku, rzecz jasna, ogólnemu niezadowoleniu reszty rodziny. Obecność panicza jest również kłopotliwa ze względu na dawny związek z Nevenką, obecną małżonką jego brata, która prawdopodobnie nadal darzy Kurta silnym uczuciem. Niewygodny gość wkrótce zostaje jednak zamordowany w tajemniczych okolicznościach, zostawiając widza z pytaniem: Kto zabił? Czyżby zraniona kochanka? Zazdrosny brat? Rozczarowany ojciec, czy może pokojówka, która żywiła doń wielką urazę za zbałamucenie ongiś jej córki? Morderstwo jest jednak dopiero początkiem problemów. W zamczysku zaczyna bowiem straszyć i wszystko wskazuje na to, że duch zamordowanego pragnie zemsty.

The Whip and the Body swoją premierę miało w 1963 roku – czasie olbrzymiego boomu na gotyckie kino grozy. W kontekście opisywanego przeze mnie filmu szczególnie ważny jest komercyjny sukces Studni i wahadła (1961) w reżyserii Rogera Cormana, który spowodował, że włoscy producenci szybko zwęszyli potencjalny zarobek i zatrudnili  scenarzystę Ernesta Gastaldi, by „napisał coś podobnego”, a także reżysera Mario Bavę, który w końcu za sprawą Black Sunday (1960) spowodował, że Włochy stały się ważnym punktem na horrorowej mapie Europy. I rzeczywiście, widać pewne paralele pomiędzy obiema produkcjami, choćby w samym umiejscowieniu akcji czy fabule, która kręci się wokół spisków i morderstw w rodzinie, jaka ma silnie zarysowaną historię przemocy.

Trudno jednak mówić o jakimkolwiek odtwórstwie, bo o ile faktycznie punkt wyjścia był wyraźnie inspirowany filmem Cormana, to i tak koniec końców mamy do czynienia z zupełnie innym, niezależnym dziełem. Na pewno duża w tym zasługa hybrydowego charakteru fabuły, gdyż intryga mocno balansuje pomiędzy ghost story, kryminałem a psychologicznym melodramatem. Najbardziej przykuwającym uwagę widza elementem jest jednak kontrowersyjna otoczka produkcji. Gastaldi wplótł bowiem do swojego scenariusza elementy sadomasochizmu i to w taki sposób, że są one integralną częścią fabuły. The Whip and the Body było przede wszystkim dziełem niezwykle odważnym, na tyle zresztą, że wywołało falę oburzenia wśród ówczesnej pruderii, która nie mogła znieść tego, że  Christopher Lee biczował w nim Daliah Lavi, a ona nie tylko nie protestowała, lecz wręcz doznawała z tego powodu prawdziwie orgazmicznych uniesień.

Rezulat tego był taki, że film, w swojej pierwotnej formie, światło dzienne ujrzał wyłącznie w słonecznej Italii i to i tak wyłącznie podczas pierwszych seansów. Reszta świata mogła obejrzeć go w różnie ocenzurowanych formach, przy czym najbardziej wykastrowane wersje wypuszczono w Stanach i Wielkiej Brytanii, czyli na rynkach, które teoretycznie powinny być dla filmowców priorytetem. I jest to oczywiście niezwykle niefortunne, bo usunięcie jakichkolwiek nawiązań do sadomasochistycznych tendencji bohaterów wiązało się jednocześnie z tym, że fabularnie film przestawał mieć sens.

Czy oglądanie filmu potraktowanego przez cenzora po rzeźnicku nadal może sprawiać przyjemność? Myślę, że tak, bo choć dostałbym produkt w pewnych aspektach wybrakowany, nadal zostałaby wspaniała warstwa audiowizualna, która spowodowała, że Bava został po latach doceniony i uznany za reżysera kultowego. Jeśli miałbym w jednym zdaniu podsumować za co najbardziej Bavę kocham, to za umiejętność tworzenia horroru pięknie odrealnionego, będącego przeniesieniem na ekran dziwnych i koszmarnych wizji jakby prosto z głowy śniącego umysłu.

Nie jest to film, który ma za zadanie straszyć widza tematyką nawiedzonych domów, ani oburzać zawartymi w fabule elementami. Pod płaszczykiem prostego horroru skrojonego wedle ówczesnych gustów, The Whip and the Body stara się przede wszystkim przemycić treści wiele mówiące o ludzkiej naturze.  To film o represjonowanych pragnieniach, nieumiejętności wybaczania, czy też o wyrzutach sumienia, które doprowadzają człowieka do szaleństwa. Ostatecznie, jakkolwiek różni by od siebie bohaterowie tego filmu nie byli, łączy ich jedna cecha. W głębi duszy, wszyscy są cholernie nieszczęśliwi.

Oglądanie filmów Bavy podczas nieprzespanych nocy jest jak substytut śnienia dla ludzi, którzy dawno nie uświadczyli uroków przejścia do krainy Morfeusza. Samo The Whip and the Body prezentuje się jak marzenia zainspirowane lekturą taniego kostiumowego romansu, które zamienia się w koszmar pod wpływem ukrytych, represjonowanych pragnień. Poczucie to reżyser uzyskał między innymi użyciu bardzo nostalgicznego motywu muzycznego autorstwa Carlo Rustichelli’ego, który swoją nagminnością prześwidrowuje się do naszej podświadomości, a także użycia mocnego, niebieskiego oświetlenia, które tylko potęguje tu odrealnienie całej historii.

Według mnie był to przepis na dzieło ponadczasowe, wyjątkowe w swej formie dzieło sztuki, z kolei dla ówczesnej krytyki był to bezwartościowy, pseudoartystyczny kicz, który nie powinien być godny niczyjej uwagi. O tym, jak bardzo się oni wobec Bavy mylili, świadczyć może chociażby ilość reżyserów, którzy po latach przyznali się do inspirowania się twórczością Włocha, żeby tylko wymienić Tima Burtona, Martina Scorsese czy Davida Lyncha. Sam twierdzę, że w ocenie filmów takich jak ten nie wystarczy tylko suche obeznanie i chłodna kalkulacja elementów składowych. Potrzebna jest także umiejętność szczerego otwarcia się na emocje, które wywołuje takie kino. Bavę ogląda się przede wszystkim sercem.

Piotr Kuszyński
Urodzony w dziczy gdzieś na terenie Borów Tucholskich. Przez cywilizację odkryty w wieku 13 lat. Wtedy to nauczył się mówić, czytać i pisać. Fan starego kina, w szczególności kostiumowej grozy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.