Arcydzieła grindhouse’u: Noc żywych trupów (1968)

Świt nowej Ameryki

Słynna fraza pojawiająca się na początku filmu, „They’re coming to get you Barbara”, ziszcza się, kiedy obumarłe kończyny chwytają ciało Judith O’Dea i wciągają ją wprost w hordę wygłodniałych trupów. I już sama ta składająca się na kulminację opowieści scena, w której młodą, białą kobietę spotyka makabryczny koniec, wystarczyłaby, ażeby dawka grozy wymierzona w ówczesną widownię przekroczyła skalę. Jednak reżyser George A. Romero chwilę później zaserwował kolejny zwrot, który zmienił niezależny film klasy B w jeden z najbardziej istotnych społecznie horrorów, jakie kiedykolwiek wyłoniły się z mrocznych kart historii Ameryki. Pragnący opowiedzieć historię rozpadu tradycyjnej rodziny lat 60., Romero stworzył, jak to ujęła broszura Brytyjskiego Instytutu Filmowego, „Prawdziwy koszmar, który obalił konwencje fantastycznego horroru”

Swoją przygodę z filmem Romero zaczął już w wieku 14 lat, a chwilę później stał się laureatem Future Scientists of America za film dokumentalny, który stworzył w ramach licealnego zaliczenia. Przeniósł się do Pittsburgha, aby studiować sztukę, projektowanie i teatr na Carnegie Mellon University. Po ukończeniu studiów i uzyskaniu tytułu tamtejszego licencjata, w 1961 rozpoczął pracę jako asystent przy produkcji telewizyjnych wiadomości. Jeszcze w tym samym roku, wraz z kilkoma przyjaciółmi z uniwersytetu, założył małą wytwórnie The Latent Image, aby kręcić reklamy i programy edukacyjne. Jednak Romero wraz Johnem Russo i Russellem Streinerem marzyli o nakręceniu filmu z prawdziwego zdarzenia.

Początkowo kapitał całości oscylował wokoło 6000 dolarów, jednak po znalezieniu kolejnych inwestorów panowie ostatecznie zamknęli się w budżecie 114 000 USD. Sam film planowany był początkowo jako historia opowiadająca o brutalnych najeźdźcach z kosmosu, terroryzujących grupę nastolatków. Wkrótce Russo wpadł jednak na bardziej interesujący pomysł, aby zagrożeniem stały się reanimowane w tajemniczy sposób trupy. Podczas jednej z burzy mózgów padła również propozycja, aby najbardziej szokującym elementem filmu uczynić kanibalizm. Nikt z twórców Nocy żywych trupów nie używał wówczas słowa zombie, a sam Romero wolał określać swoje kreatury mianem ghouls. Zdjęcia do filmy rozpoczęły się w czerwcu 1967 roku.

Przed premierą filmu Romero, termin zombie związany był nierozerwalnie z czarną kulturą Haiti i szamańskim folklorem. Ten afro-haitański rodowód został praktycznie wymazany z popkultury dzięki zaledwie kilku filmom, a do korzeni wrócił później Wes Craven w swoim Wężu i tęczy (1988) oraz, w mniejszym stopniu, Lucio Fulci w Zombie pożeraczach mięsa (1979). Chociaż może być to zupełny zbieg okoliczności, wydaje się zupełnie stosownym, że to czarnoskóra postać zajmuje centralne miejsce w Nocy żywych trupów. Nawet, jeśli nie jest to zabieg mający odnosić się do kulturowych korzeni zombie, był to pierwszy raz, kiedy osoba o innym kolorze skóry zagrała tak dużą rolę w horrorze. Przed powstaniem filmu Romero, zombie pojawiały się w takich dziełach, jak Wędrowałam z zombie (1943) Jacquesa Tournera czy Białe zombie (1932) Victora Halperina. Jednak obrazy te ukazywały czarną kulturę jako źródło zagrożenia i lęku dla „wyrafinowanych” białych ludzi. We wspomnianym Białym zombie tubylcy prezentowani byli jako majaczące w tle sylwetki lub jowialni pomagierzy dla przybyszów z Europy.

Jednak kwestie te były dla Romero całkowicie nieistotne. Zapytany o nie w wywiadzie dla czasopisma Little White Lies, reżyser powiedział: „Cóż, sprawa rasy była w mojej głowie praktycznie nieobecna. Kiedy pisałem tę postać, myślałem o rozpadzie rodziny, całej idei ludzi, którzy nie mogą ze sobą współpracować, nawet w obliczu katastrofalnej sytuacji. Po prostu trzymają się własnych planów, kłócą się o to, czy zamiast pójść na górę powinni iść na dół. Kiedy John Russo i ja pisaliśmy scenariusz, główny bohater był białym facetem. Kiedy [czarnoskóry] Duane [Jones] zgodził się zagrać tę rolę, wszyscy stwierdziliśmy, że to śmiałe posunięcie i zdecydowaliśmy się nie zmieniać scenariusza. To było to. Te same rzeczy przydarzyłyby mu się, gdyby był biały; postać wieśniaka i tak by go zastrzeliła, ponieważ sądziła, że to zombie, a nie dlatego, że był czarny.”

Noc żywych trupów rozpoczyna się od ikonicznej sceny, w której Barbara (Judith O’Dea) i jej brat Johnny (Russell Streiner) przybywają na cmentarz, by złożyć kwiaty na grobie swojego ojca. Johnny drwi z pomysłu odwiedzenia grobu kogoś, kogo nawet nie pamięta. Trywializuje on zmarłych oraz rytuały mające na celu utrzymać ich wspomnienie przy życiu. Modlitwa siostry nad grobem zostaje przez niego wyśmiana, a sam do znużenia powtarza wspomnianą już przeze mnie frazę: „They’re coming to get you, Barbara!”. Chwilę później Johnny staje oko w oko z wygłodniałym trupem. Atak ghoula i jego zombifikiacja są przedstawione jako rodzaj moralnej sprawiedliwości, którą filmowcy posłużą się dekadę później przy raczkującym nurcie slasher. Od samego początku Romero sugeruje nam, że istnieje jakaś boska ręka sprawiedliwości pociągająca za wszystkie sznurki. Ale poczucie to brutalnie zostanie obalone, kiedy bohaterka trafi wraz z grupą innych ocalałych do położonego na odludziu domu, wokół którego zaczną gromadzić się żywe trupy.

Rozpoczęcie historii od Barbary i Johnny’ego w prosty sposób utwierdza widza w przekonaniu, że to właśnie drobna blondynka wyrośnie na lidera grupy. W końcu wiemy dokładnie, dlaczego znalazła się w obecnej sytuacji oraz o jej rodzinnych korelacjach. Jest postacią nam już znaną. Natomiast Ben (Duane Jones) – pierwszy ocalały poznany przez Barbarę – pojawia się znikąd. Jego mglista historia zostaje opowiedziana w celu pocieszenia pogrążonej w panice kobiety. Ze stanu zupełnej histerii, Barbarę wybudza dopiero policzek wymierzony przez Bena. Może dzisiaj nie wydaje się to tak szokujące, lecz widok czarnego mężczyznę uderzającego białą kobietę w 1968 roku był bardzo śmiały. Jednak Romero szybko daje nam do zrozumienia, że ​​Ben jest postacią heroiczną, mądrą, zaradną i zasadniczo odpowiedzialną za spisanie pierwszego przewodnika przetrwania podczas apokalipsy zombie.

Od tego momentu dobrze wiemy, że Noc żywych trupów jest opowieścią o Benie, nie o Barbarze. Początkowa ucieczka kobiety ze staromodnego cmentarza do prowincjonalnego domu symbolizuje odcięcie się od gotyckiego horroru i zastąpienie go jego współczesnym wcieleniem. Jednak ta próba pchnięcia skostniałego już wtedy gatunku na przód nie powstrzymuje filmu przed eksploracją naszych najgłębszych lęków. W wywiadzie na łamach New York Times, Jordan Peele – twórca głośnych Uciekaj! (2017) i To my (2019) – wypowiedział się na temat tej kwestii w słowach: „Wszystkie normy społeczne znikłyby, gdy wydarzenie takie miałoby miejsce, a czarny mężczyzna zostałby zamknięty w domu wraz z przerażoną białą kobietą. Jednak nie można być pewnym, że przerażenie związane jest z potworami na zewnątrz, czy tym mężczyzną w środku, który jest teraz bohaterem”.

Barbara ustąpić musi również miejsca pozostałym ludziom, którzy umknęli żądnym mięsa truposzom. W domu na odludziu tworzy się mikrokosmos amerykańskich stosunków społecznych. Antagonizm między białym reprezentantem średniej klasy wyższej Henry’m Cooperem (Karl Hardman) a Benem jest praktycznie natychmiastowy, podobnie jak ich walka o przejęcie władzy. Henry zachowuje się tak, jakby jego rasa i wiek pretendowały go do miana przywódcy, mimo że niejednokrotnie jego działania podyktowane były panicznym strachem. Nie sposób patrzeć na to inaczej, jak na alegorię niewolnictwa, w którym to czarni byli zmuszeni do budowania Ameryki, podczas gdy biali obejmowali rolę przywódczą. Choć żona Coopera, Helen (Marilyn Eastman), nie zgadza się z mężem, pozostaje praktycznie bierna i zajmująca się wyłącznie swoją ranną córką. Jej postać zdaje się mówić o uldze białych kobiet, które walczyły o własne prawa, ale zignorowały krzyk czarnych.

Jedynymi osobami starającymi się znaleźć nić porozumienia między Benem i Henry’m jest młodociana para, Tom (Keith Wayne) i Judy (Judith Ridley). Ostatecznie jednak oboje zgadzają się, że lepszym liderem na trudne czasy będzie Ben. Te nastolatki są nadzieją na przyszłość, zmianą, jaką miała nastać po latach 60. Z dala od jarzma swoich białych przodków i powoli kierujących się w ramiona kulturowej kontrrewolucji.

Nawet gdy sam Henry Cooper przyznaje niechętnie dowództwo Benowi, jego duma wciąż uniemożliwia mu pełne zaufanie w zdolności przetrwania lidera grupy. W jego mniemaniu najbezpieczniejszym miejscem jest piwnica i wierzy, że zasoby zgromadzone w domu powinny się w niej znaleźć. Ta piwnica, schronienie rodziny Cooperów, może być postrzegana jako podłoże Ameryki, targane jej najgorszymi impulsami. „Zejdź do piwnicy. Możesz być szefem na dole. Ja jestem szefem tutaj!” – woła Ben. To właśnie tak zostaje wytyczona metaforyczna granica Ameryki, Północ i Południe. Nawet jeśli uwięzieni w domu bohaterowie będą zmuszeni współpracować, napięcie między nimi ostatecznie okazuje się ich zgubą i prowadzi do upadku tego mikrospołeczeństwa.

I tak jak wspomniałem wcześniej, kolor skóry Bena był zupełnie przypadkowy. Jak dowiadujemy się z wywiadu przeprowadzonego z Romero przez Hollywood Reporter, w początkowym skrypcie postać ta miała być niewykształconym kierowcą ciężarówki. Jedyną ingerencją aktora w odgrywaną przez siebie postać było to, aby „wzbudzała szacunek”. O tym, jak ważny okazał się ostatecznie kolor skóry Duane’a Jonesa, Romero wraz z producentem Russem Streinerem dowiedzieli się w drodze do Nowego Jorku, w celu sprzedania filmu dystrybutorowi. Podczas audycji radiowej została podana informacja o śmiertelnym postrzeleniu Martina Luthera Kinga, baptystycznego pastora oraz działacza na rzecz równouprawnienia Afroamerykanów.

Zakończenie Nocy żywych trupów nabrało od tego momentu całkiem nowego znaczenia. Po udanym szturmie na prowizoryczną twierdzę, żywe trupy konsumują wszystkich ocalałych oprócz Bena. Mężczyzna pozbywa się reinkarnowanych zwłok Cooperów w piwnicy i przeczekuje w niej noc. Rankiem budzą go odgłosy oczyszczającego okolicę wojska oraz złożonej z prowincjonalnej ludności milicji. Gdy tylko Ben opuszcza piwnicę, zostaje zastrzelony przez jednego z białych facetów, który błędnie wziął go za chodzące zwłoki. „Postacie, które wyglądają jak ludzie, ale zachowują się jak zwierzęta”, mówi głos radia opisując zombie. Trudno nie skojarzyć tego komentarza z podobnymi opisami, które były używane do odhumanizowania czarnych. Zapewne podobne teksty mieli w głowie biali gliniarze, u których stóp konali i konają nadal Afroamerykanie.

Żywe trupy u Romero to nie tylko symbol lumpenproletariatu powstającego przeciwko swoim panom, tak jak zombie jako wyzyskiwany robotnik w hammerowskiej Pladze żywych trupów (1966). Oparta na kanibalizmie dieta trupów to alegoria pożerającego się od wewnątrz kapitalistycznego społeczeństwa. I myśl ta stała u podstaw współczesnego horroru bardzo często, od Teksańskiej masakry piła mechaniczną (1974) po anty-konsumpcyjny manifest Romero w jego młodszym o 10 lat Świcie żywych trupów (1978).

Choć po premierze pojawiły się głosy, że Romero w przerażający sposób podjął się krytyki amerykańskiego zaangażowania w konflikt w Wietnamie, postrzegany jako przejaw rozczarowania władzą i okrzyknięty atakiem na ksenofobię, dla reżysera była to po prostu przerażająca opowieść inspirowana powieścią Richarda Mathesona Jestem legendą z 1954 roku. Przez niski budżet, potwory u Romero niewiele różnią się od ludzi. Niski budżet przeznaczony na charakteryzacje potworów sprawił, że tylko mała część z nich nosi widoczne ślady rozkładu czy obrażenia ciała. Więcej jest tutaj zabawy światłocieniem, mającym podkreślić poczucie lęku i alienacji oraz operowania tematami tabu – kanibalizmem i dzieciobójstwem. Jednak na filmowym planie rolę konsumowanych przez truposze zwłok grała pieczona szynka polana syropem czekoladowym…

Premiera Nocy żywych trupów odbyła się w sobotnie popołudnie – co było raczej standardową porą dla horroru w tamtym czasie – 1 października 1968 roku. Były to czasy pozbawione kontroli kin przez system nadawania kategorii Motion Picture Association of America (MPAA), więc każdy mógł sobie legalnie kupić bilet na seans. Krytyk filmowy Roger Ebert pisał na łamach Chicago Sun-Times, że publiczność nie wie, jaka siła w nich uderzyła. Choć sam był krytyczny wobec systemu, który pozwalał dzieciakom dostanie się na seans, wyraził podziw dla umiejętności filmowców w budzeniu grozy. Inni recenzenci okrzyknęli go „naprawdę przerażającym”, a także „prawdziwą pornografią przemocy”.

Z biegiem czasu dzieło Romero tylko rosło w oczach krytyków i stwarzało sobie fundament pod bycie prawdziwą klasyką kina, nie tylko grozy. Wpływ filmu na współczesną popkulturę jest praktycznie niemierzalny, gdyż niezliczone zastępy twórców po dziś dzień inspirują się Nocą żywych trupów. Współtwórca osiągającej szczyty popularności komiksowej serii Żywe trupy Tony Moore mówi o arcydziele Romero słowami następującymi: „Film służy jako wgląd w mikrokosmos ówczesnych problemów społecznych. To fantastyczna kapsuła czasu na troski Ameryki lat 60. Wietnam zmusił nas do poniesienia wysokich kosztów wojennej propagandy. W czasach Zimnej Wojny wszyscy rozważali scenariusz apokalipsy”.

Ogromny wpływ Nocy żywych trupów na kolejne pokolenia twórców miał również fakt, że mała, zaangażowana grupa filmowców dysponujących ograniczonymi zasobami może dać światu dzieło przełomowe. Romero stał się symbolem kina niezależnego uhonorowanym swoją własną gwiazdą w Alei Gwiazd w Los Angeles. Być może jest to ironiczny zbieg okoliczności, że to właśnie seria filmów o żywych trupach dała mu życie wieczne.

W 1999 roku Noc żywych trupów została uznana przez Bibliotekę Kongresu jako film „znaczący kulturowo, historycznie lub estetycznie” i jej kopia spoczęła w Narodowym Rejestrze Filmowym. Ze względu na wcześniejszą premierę filmu, informacja o prawach autorskich została całkowicie pominięta. Oznacza to, że film Romero od samego początku znajduje się w domenie publicznej! Z tego względu istnieją setki wersji filmu na domowych platformach multimedialnych, w tym ponad 200 wersji na DVD na całym świecie. W 1999 roku John Russo wypuścił rocznicowe wydanie Night of the LivingDead: 30th Anniversary Edition, uzupełnione o dodatkowe zdjęcia i nową ścieżkę dźwiękową. Ze względu na status domeny, film Romero dostępny jest w całości na platformie YouTube.

John Russo i George Romero kontynuowali swoją serię o żywych trupach. Oczywistym było, że po nocy musi nastać świt, a później dzień. Chociaż ich późniejszy spór doprowadził do przerwania współpracy, obaj panowie zawarli dość specyficzne porozumienie. Romero zachował prawa do używania w tytułach swoich filmów frazy „of the dead”, a Russo „Living dead”. Dlatego też ten drugi dał nam całą serię przepełnionych czarnym humorem filmów o zombie pod tytułem Powrót żywych trupów (1985-2005).

Chyba żaden inny film gatunkowy lat 60. w tak pojemny sposób nie uchwycił napiętej sytuacji Stanów Zjednoczonych. W momencie premiery dzieła Romero wydawało się, że Ameryka sama w tym momencie upadła. Apokalipsa już się działa i nie było odwrotu. „Kolejny na podpałkę” – mówi w finale filmu szeryf rzucając bezwładne ciało Bena na stos ciał, które należy bezzwłocznie spalić. Bohater opowieści przeżył noc żywych trupów, ale nie mógł przeżyć Ameryki. W końcu go dorwała.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.