Arcydzieła grindhouse’u: Dreszcze (1975)

Starline Towers to nowoczesny kompleks mieszkaniowy na przedmieściach Montrealu. Pewnego dnia dochodzi w nim do okrutnej zbrodni: jedna z lokatorek zostaje brutalnie zamordowana przez swojego kochanka, doktora Emila Hobbesa. Zatrudniony w apartamentowcu lekarz dowiaduje się, że Hobbes potajemnie prowadził badania nad pewnym szczególnym rodzajem pasożytów, co mogło być bezpośrednią przyczyną dokonanego przezeń morderstwa…

Fabularny debiut (nie licząc średniometrażowych filmów eksperymentalnych Stereo [1969] i Crimes of the Future [1970]) Davida Cronenberga stanowi wyrazistą zapowiedź późniejszych dokonań reżysera. Eksperymenty medyczne, ingerencje w ludzką psychikę i ciało oraz wywołany tym chaos i zniszczenia – to główne motywy przewodnie body horroru, nurtu przed Cronenbergiem w kinie praktycznie nieobecnego, a przynajmniej nie w tak ekstremalnej formie. Kanadyjczyk już tutaj łączy krwawe efekty bliskie kinu gore ze śmiałą erotyką, tworząc mieszankę wybuchową.

Opowieść o pasożytach, które przemieniają ludzi w opętane żądzą seksu zombie zaciąga dług wdzięczności zarówno względem klasycznej Inwazji porywaczy ciał (1956), jak i przełomowej dla kina grozy Nocy żywych trupów (1968). Cronenberg bierze jednak tylko ogólny motyw wyjściowy i przenicowuje go na swoją modłę, dostarczając wizję pełną sugestywnych obrazów i cielesnej rozpusty. Co zabawne, pierwotny tytuł filmu brzmiał Orgy of the Blood Parasites, co jasno wskazywało na B-klasowy rodowód historii (w niektórych krajach obraz rozpowszechniany był jako The Parasite Murders oraz They Came from Within). Kiedy gotowy film trafił na ekrany nie wszystkim było jednak do śmiechu. W samej Kanadzie Dreszcze wywołały tak ogromne kontrowersje, że tamtejszy Parlament obradował nad jego potencjalnie „obscenicznym” charakterem i jego wpływem na społeczeństwo. Sytuacji nie poprawiał fakt, iż młody twórca pozyskał fundusze od Canadian Film Development Corporation, instytucji finansowanej z pieniędzy podatników. Ataki dziennikarzy i niechęć ze strony krytyków miały poważny wpływ na fakt, iż Croneberg miał spore problemy ze znalezieniem finansowania dla swej kolejnej fabuły (jak twierdził w wywiadach, z powodu szumu wokół swojej osoby został również… wyrzucony z mieszkania, które w tamtym okresie wynajmował).

Z drugiej strony, bulwersująca tematyka przyciągała do kin masy widzów, co sprawiło, że omawiana pozycja stała się najlepiej zarabiającym kanadyjskim filmem w dziejach (oczywiście mowa o stanie na rok 1975). Dzisiaj doskonale wiemy, iż były to narodziny jednego z najciekawszych i najoryginalniejszych twórców światowego kina drugiej połowy XX wieku, a Dreszcze de facto wypadają przy większości jego późniejszych dokonań zgoła niewinnie, warto jednak zastanowić się przez chwilę jak podobny „wybryk”, pełen seksu i obrzydliwości odbierany musiał być w momencie premiery. Jeden z krytyków miał napisać: „jeśli tak ma wyglądać kanadyjska kinematografia finansowana z naszych kieszeni, to lepiej żeby Kanada nie miała swojej kinematografii”.

Dysponując skromnym budżetem, Cronenberg ucieka się do praktycznych rozwiązań, jednocześnie konsekwentnie kreując atmosferę paranoi, w której głównym zagrożeniem nie są trupy pragnące naszego mięsa, lecz mijane na ulicy, czasem nawet bliskie nam osoby, które po prostu chcą za wszelką cenę… nas przelecieć. Wywrotowy koncept, który po latach wciąż sprawdza się doskonale. Świetnie pasuje tutaj zresztą jeszcze jeden „obrazowy” termin: „horror weneryczny”, które to pojęcie wydaje się być wręcz perfekcyjnym podsumowaniem Dreszczy.  Niektórzy doszukiwali się w ekranowej wizji ataku na klasę średnią, jeszcze inni – już po latach – widzieli w niej proroctwo epidemii AIDS, jaka wybuchła na początku kolejnej dekady. Sam reżyser na poły enigmatycznie wypowiadał się, że „identyfikuje się z zarazą”, co wskazywałoby na pierwszy spośród wymienionych tropów: oto idylliczne, utopijne wręcz siedlisko współczesnej burżuazji staje się areną rozpusty i barbarzyńskich żądz. Stary porządek zostaje zepsuty, społeczeństwo zyskuje nowe, „wzbogacone” oblicze.

Warto nadmienić, że wbrew pozorom jest to także całkiem „wpływowa” pozycja: scenę ataku larwy na zażywającą kąpieli w wannie Barbarę Steele sparafrazował później dwukrotnie Wes Craven – kolejno w Śmiertelnym błogosławieństwie (1981) i Koszmarze z ulicy Wiązów (1984). Z kolei Dan O’Bannon ewidentnie wzorował się na modus operandi cronenbergowskich pasożytów przy obmyślaniu procesu „prokreacji” ksenomorfa w Obcym – 8 pasażerze Nostromo (1979). Całkiem nieźle jak na skromną produkcję z kraju, który wówczas wszystkim kojarzył się głównie z syropem klonowym i policjantami na koniach.

Pomimo więc, że istotnie wyczuwalny jest tu grindhouse’owy rodowód, a niski budżet w wielu momentach rzuca się w oczy, to nie ulega wątpliwości, że rzecz jest co najmniej sugestywna i wymyka się prostemu zaszufladkowaniu jako „pornograficzny pomiot”. Jak pokazał czas, Cronenberg przez większość swej kariery stosował inteligentną prowokację jako jeden z głównych środków wyrazu, zbijając z tropu sytego, zadowolonego z siebie everymana. W Dreszczach robi to z buñuelowską swadą, szczyptą anarchizmu i dużą dawką czarnego humoru. Mały wielki film, który z każdym seansem doceniam coraz bardziej.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.