Arcydzieła grindhouse’u: Cannibal Holocaust (1980)

Make them die famous!

„Najpierw wyjmujesz wątrobę, otwierasz klat­kę piersiową i patroszysz. Następnie napełniasz ciało gorącymi kamieniami i aromatycznymi ziołami…”. Ruggero Deodato po raz drugi, po surowym i brudnym Zaginionym świecie kanibali (1978), pokazał jak przyrządzić i zjeść człowieka. I choć w medialnej burzy, jaką premiera Cannibal Holocaust rzuciła na prasę (nie tylko branżową), słychać było pogłoski, że reżyser na planie filmu rzeczywiście mordował aktorów, Deodato sprytnie oszukał widownię gwarantując sobie miano króla skandalu aż po dziś dzień. Zamykając się w budżecie 100 000 USD powstało dzieło tak plugawe, że do dzisiaj w kilku krajach cieszy się mianem obrazu zakazanego, a jego tytuł pada głównie tam, gdzie dyskurs kręci się wokoło domniemanego kina snuff. Popularnym jest również fakt, że reżyser został zatrzymany z zarzutami szerzenia nieprzyzwoitości, by później jeszcze kilkukrotnie odwiedzić salę sądową celem udowodnienia, że nikomu z ekipy nie stała się krzywda. Ponadto, jak podaje choćby BusinessLine, sam maestro Sergio Leone miał napisać do twórcy list ze słowami: „Drogi Ruggero, co za film! Jego druga połowa jest arcydziełem kinowego  realizmu! Wszystko wydaje się tak prawdziwe, że podejrzewam, iż popadniesz w kłopoty z całym światem”.

Otwarcie filmu. Przybyciu do zielonego, dusznego piekła (będącego w domyśle dorzeczem Amazonki, a w rzeczywistości stykiem Kolumbii i Brazylii) towarzyszy melancholijny utwór Riza Ortolaniego. Ujęty z lotu ptaka las deszczowy urzeka i zarazem przeraża swoją pierwotną nieskończonością. Wyprawa mająca na celu odszukanie trójki zaginionych studentów, którzy wyruszyli w dżunglę z zamiarem udowodnienia, że kanibalizm to tabu absolutne, okazuje się tylko przystawką. Widziane za chwilę konsumpcja dłoni i brutalny gwałt w błocie stanowią preludium do prawdziwej przeprawy przez gehennę, zarejestrowanej pieczołowicie przez chłodne oko kamery i zachowanej na celuloidowej  taśmie – jedynej pamiątce po feralnej ekspedycji wspomnianych studentów.

Deodato przyznał, że do nakręcenia Cannibal Holocaust nakłoniły go pełne krwi i cierpienia wiadomości telewizyjne dotyczące ataków Czerwonych Brygad, oglądane namiętnie przez jego syna. Jak mówił, obrazy, które widzimy w telewizji oraz krzykliwe nagłówki gazet są czystym kłamstwem. Medialne przekazy konstruowane są tak, by oburzać, zabawiać czy straszyć społeczeństwo. Dlatego właśnie pokazany w jego dziele materiał filmowy, zrealizowany przez zaginionych studentów, a nazwany dość wymownie Ostatnią drogą do piekła, analizowany jest nie tylko przez postać antropologa Harolda Monroe (Robert Kerman), lecz również rządną praw do niego (oraz szukania sensacji) agencję prasową. I choć amoralny i chory materiał ostatecznie nie ujrzał światła dziennego, w prawdziwym świecie często brakuje strofującego podobne pomysły Harolda. Uogólniając, współczesne dziennikarstwo pozbawione jest etyki i uczciwości, zwłaszcza kiedy newsowy panel w popołudniowej ramówce przecinają zdjęcia wojny oraz relacje ze scen morderstw czy gwałtów. Serce branży informacyjnej bije dla pieniądza, nie dla ludzkich wartości.

Tworząc swoje niesławne opus magnum, Deodato przyjął więc społeczną postawę wobec karmionych mediami mas oraz – szerzej – człowieczeństwa samego w sobie. Na przykładzie grupki studentów-filmowców żądnych realizacji szokującego materiału, reżyser przedstawia rozgrywany po środku dżungli niepohamowany bieg po sukces, a konkretnie Nagrodę Pulitzera, w którym biały człowiek – istota cywilizacyjnie uprzywilejowana – nie powstrzyma się od wyrządzenia krzywdy nie tylko tym, którzy staną mu na drodze, ale również tym, których agonia będzie mu na rękę. Jeśli druga osoba różni się od nas, choćby kulturowo, to staje się obcym, obiektem niewartym poświęcenia czasu, a za to łatwym do podważenia. Często budujemy wokół siebie bezpiecznie „pudełko”, przyswajając do siebie tylko tę wiedzę, która jest nam już w jakiś sposób znana. Kiedy młodzi filmowcy docierają w końcu do autochtonicznego plemienia Indian, ich natura przełoży okrucieństwo nad zrozumienie.

Dla wielu, Cannibal Holocaust to przede wszystkim rzeź niewinnych zwierząt, jaka naprawdę została dokonana na planie, nakręcona i następnie pokazana w samym filmie, zarówno w scenach polowania i przyrządzania posiłków, jak i zwykłego sadyzmu wyżywających się antybohaterów. To jedyna rzecz, której Deodato szczerze żałuje. Jak w swoim artykule podaje Rachel Prin, usprawiedliwił to następującymi słowami: „W młodości i dorastając spędziłem wiele czasu ze zwierzętami, dlatego często widziałem moment ich śmierci. [W moim filmie] śmierć ta, choć nie do zniesienia – zwłaszcza ze współczesnej, wielkomiejskiej perspektywy – za każdym razem miała miejsce po to, by nakarmić bohaterów oraz ekipę filmową, zarówno w fabule, jak i w rzeczywistości.” Pozbawienie życia za pomocą siekierki i patroszenie wielkiego żółwia rzecznego obrosło swoistym kultem i do dzisiaj stanowi mocny cios w głowę nie tylko dla „zielonych”. Swej mocy nie straciła również sekwencja rzezi świń, podczas której aktor Carl Gabriel Yorke nie był wstanie dokończyć swojego monologu przez szok, jaki wywołał u niego pisk mordowanych zwierząt.  Jednak czy tłumaczenie reżysera może w jakikolwiek sposób oczyścić go z zarzutów o niezdrową transgresję? W pewnym stopniu tak, ponieważ by żyć, trzeba jeść, a w amazońskim buszu raczej ciężko o Burger Kinga. Choć ostatnie cięcia w wydanej na rynek Blu-Ray wersji Cannibal Holocaust oraz przesunięcie granicy „obrazoburczości” na przestrzeni lat nieco przygasiły szalejący wokół Deodato pożar kontrowersji, to film wciąż jest idealnym odnośnikiem w dyskursie na temat dobrego smaku w kinie.

Bardziej niepokojąca jest jednak obojętność, z jaką film przedstawia człowieka podczas tytułowego holocaustu. Mimo że reżyser otwarcie deklarował swoje poparcie dla rdzennej ludności, odrzucił praktycznie jej codzienne rytuały ukazując ją praktycznie tylko z jednej, ludożerczej strony. W kontrze do oskarżających go o rasizm i wyzysk artykułów, Deodato, na łamach portalu Eye of Film, miał powiedzieć: „Oczywiście wszyscy oni wiedzieli, że grają kanibali, byli naprawdę inteligentnymi i chętnie współpracującymi osobami. Ale kanibalizm to część ich tradycji, kiedy ich przodkowie urządzali bitwy, przywódca przegranego plemienia był zabijany i zjadany. To część ich przeszłości, nie zaprzeczajcie temu”.

Jednak prawdziwym prymitywem pozostaje w filmie biały człowiek. Choć sceny prezentujące kastrację „na żywca” czy nabitą na pal kobietę (rewelacyjne i pomysłowe zastosowanie siodełka od monocyklu) potrafią zniesmaczyć, prawdziwy szok przeżyjemy, kiedy wraz z aspirującymi filmowcami uzbrojonymi w pochodnie i strzelby wejdziemy do wioski domniemanych kanibali. Obraz zamkniętych w bambusowych klatkach starców patrzących jak drugi człowiek podpala ich chaty, gwałci zbiorowo bezbronną dziewczynę wbrew sprzeciwu narzeczonej jednego z napastników i rozstrzeliwuje przydomową trzodę obdzierają wszelkie domysły, dlaczego Deodato wybrał właśnie ten tytuł. Holokaust to brutalna eksploatacja. Zanim jeden, uważający się za „wyższego”, osobnik doprowadzi do zagłady drugiego, w jego mniemaniu gorszego, wyeksploatuje go z każdego możliwego dobra.

Można więc podejść do całości jako do próby przeniesienia Eksperymentu Zimbardo w głąb południowoamerykańskiej puszczy. Granicą oddzielającą oprawcę od ofiary staje się tutaj dysonans kulturowy. Choć kultury z definicji nie można wartościować, studenccy antybohaterowie coraz bardziej podnoszą wartość siebie oraz dokonań cywilizacji, w której się wychowali sprowadzając endogennych Indian do roli zabawki seksualnej czy ujścia swojej frustracji.

Cannibal Holocaust nie odcina się także od wątpliwego moralnie dokumentalizmu mondo, zapoczątkowanego kontrowersyjnym Pieskim światem a.k.a. Mondo cane (Paolo Cavara, Gualtiero Jacopetti, Franco Prosperi, 1962), i wcześniejszych obrazów włoskiego kina kanibalistycznego, jak choćby lubianej przez fanów włoszczyzny Góry boga kanibali (Sergio Martino, 1979). Źródłem majstersztyku Deodato jest przerażające zacieranie granicy między fantazją a rzeczywistością. Ostatnie zdjęcia zarejestrowane przez Alana Yatesa (jednego ze studentów) charakteryzują się ziarnistym, odbarwionym i nadmiernie naświetlonym obrazem oraz wtórującym mu wewnętrznym dźwiękami kamery. To dodatkowa warstwa wiarygodności sugerująca widzowi, że ma do czynienia z materiałem, który faktycznie przeleżał jakiś czas w dżungli. To także sprytny sposób na zamaskowanie wszystkich niedociągnięć w kwestii dynamicznych scen gore. Cała historia może nie być prawdziwa, stanowi za to wspaniałą legendę przekazując dokładnie naturę filmu.

Nikogo zatem nie dziwi fakt aresztowania i sądowych problemów Deodato, związanych z jego najważniejszym dziełem. Tymczasem w innych częściach świata rządni mamony dystrybutorzy nakręcali szaloną kampanię reklamową wokół Cannibal Holocaust, zarówno obiecując prawdziwą terapię szokową, jak i utwierdzając potencjalnych klientów w autentyczności zdarzeń przedstawionych w filmie. W Polsce, za sprawą chałupniczej dystrybucji, wędrował on pod oferującą niezapomniane doznania nazwą Nadzy i rozszarpani. Co ciekawe, obraz ten stał się drugą najlepiej zarabiającą produkcją w Japonii roku 1983, zaraz za E.T. (Steven Spielberg, 1982), a twórcy przełomowego The Blair Witch Project (Eduardo Sanchez, Daniel Myrick, 1999) wskazali ten tytuł jako jedną z głównych inspiracji.

Odkładając jednak na bok wszelkie rozważania moralne, nieuniknionym wydaje się być stwierdzenie, że Cannibal Holocaust kryje w sobie tego ohydnego, potwornego geniusza. Nie jest to film dobry w powszechnym rozumieniu tego słowa, to wszakże kino czysto grindhouse’owe, bezczelne i prowokacyjne. Jest to też jednak produkt, który w stu procentach spełnił pokładane w nim nadzieje i zamierzenia. Jeśli przecierpisz seans, by później dostąpić mentalnego katharsis, spojrzenie na kino – być może również na człowieczeństwo – będzie od tego momentu zupełnie inne.

Oskar Dziki

Studiuje, melanżuje i pochłania filmy. Zachłyśnięty włoskim kinem gatunkowym, kultem VHS i szeroko pojmowaną popkulturą.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.