Amerykański wilkołak w Londynie (1982). Wielka draka na Piccadilly Circus

Dwóch amerykańskich studentów wybiera się na wakacyjny objazd po Europie. Pierwszy przystanek na trasie stanowią Wyspy Brytyjskie. Podczas nocnego spaceru po wrzosowiskach chłopaki zostają zaatakowane przez tajemniczą bestię. Jeden z nich ginie na miejscu, drugi ledwo uchodzi z życiem i trafia do londyńskiego szpitala. Po krótkiej rekonwalescencji zostaje wypisany i – z braku innego lokum, w którym mógłby się zatrzymać – wprowadza się do urodziwej pielęgniarki. Ozdrowiały David Kessler dręczony jest jednak przez koszmarne wizje, zarówno na jawie, jak i w snach. Za ich sprawą, z czasem nabiera przekonania, iż wkrótce nastąpi jego przemiana w wilkołaka…

John Landis na pomysł nakręcenia Amerykańskiego wilkołaka w Londynie wpadł w 1969 roku, kiedy terminował w charakterze asystenta produkcji na planie Złota dla zuchwałych Briana G. Huttona. Podczas kręcenia zdjęć w Jugosławii miał być świadkiem niecodziennej sceny, kiedy to grupa Cyganów odprawiała tajemniczy rytuał nad grobem niedawno zmarłego osobnika. Miejscowi wytłumaczyli jankeskiej ekipie, że obrządek ma za zadanie uniemożliwić nieboszczykowi powrót do żywych. Zafascynowany młodzieniec wkrótce potem popełnił scenariusz, który przeleżał w szufladzie 12 lat. Na początku lat 80., Landis był już opromieniony sukcesem swoich trzech kolejnych filmów (The Kentucky Fried Movie [1977], Menażeria [1978], Blues Brothers [1980]), dzięki czemu bez trudu przeforsował realizację swojego młodzieńczego skryptu. Zdjęcia rozpoczęto w lutym 1981 roku, aby uchwycić „posępny, wyspiarski klimat”. Do ról pechowych turystów zatrudniono szerzej wówczas nieznanych Davida Naughtona i Griffine’a Dune’a, z kolei rola kochliwej pielęgniarki przypadła w udziale 28-letniej wówczas Jenny Agutter, która miała już na koncie występy m.in. u Nicolasa Roega w Walkabout (1971) oraz u boku Michaela Yorka w dystopijnym science-fiction Ucieczka Logana (1976).

Prawdziwym strzałem w dziesiątkę okazało się jednak skaptowanie do współpracy Ricka Bakera, z którym Landis poznał się na planie swego pełnometrażowego debiutu p.t. Schlock (1971). Baker na tym etapie miał już za sobą pracę przy King Kongu (1976) Johna Guillermina i Nowej nadziei (1977) George’a Lucasa, jednak dopiero efekty jakie stworzył do Amerykańskiego wilkołaka przyniosły mu prawdziwe uznanie w branży (w tym Oscara za najlepszą charakteryzację). Scena przemiany głównego bohatera ustaliła nowy standard  w kinie grozy i do dziś jednocześnie fascynuje, jak i przeraża precyzją wykonania. Równie soczyście przedstawia się zresztą charakteryzacja zamordowanej przez wilkołaka postaci granej przez Grifinne’a Dunne’a, która w trakcie seansu przechodzi przez kolejne stadia rozkładu. Majstersztykiem jeszcze innego rodzaju jest z kolei finałowa masakra na Piccadilly Circus. Landis wybłagał możliwość kręcenia scen na ruchliwym skrzyżowaniu w sercu West Endu, stając się pierwszym filmowcem, jakiemu dany był ten zaszczyt od 15 lat. Efektem jest błyskotliwy mariaż wilkołaczej animatroniki i popisów kaskaderskich, stanowiący efektowne zwieńczenie całej opowieści.

Co nie mniej istotne, nieortodoksyjne połączenie humoru i grozy, którego z początku obawiali się producenci, a które Landis zaproponował w swoim scenariuszu, zdało w pełni egzamin. Rzecz swobodnie przeskakuje z jednej konwencji na drugą, kontrastuje dramatyczne elementy rzewnymi evergreenami (motywem przewodnim jest księżyc, stąd na soundtracku takie utwory, jak Blue Moon Bobby’ego Vintona, Moondance Vana Morrisona czy Bad Moon Rising Creedence Clearwater Revival) i zaskakuje niespodziewanymi wtrętami typu „najazd nazistowskich wilkołaków”. Ba! Znalazło się nawet miejsce na „fałszywego pornosa”, który zrealizowany został specjalnie z myślą o komicznej scenie w kinie dla dorosłych, gdzie zmasakrowane duchy ofiar bohatera doradzają mu, w jaki sposób najlepiej popełnić samobójstwo.

Kiedy jednak trzeba, sekwencje czysto „horrorowe” odwalają kawał solidnej roboty. W pamięć zapada w szczególności emanujący atmosferą rodem z klasycznych produkcji Universala z lat 40. początek na walijskim wrzosowisku oraz scena ataku w londyńskim metrze. Po latach reżyser miał wprawdzie wyrażać żal, że część materiału została usunięta, by film mógł załapać się na „R-kę” w klasyfikacji wiekowej w Stanach (pod nożyczki trafiła między innymi sekwencja ataku lykantropa na bezdomnych, stonowana została również scena miłosna pod prysznicem), jednak i bez tego jest to czystej wody frajda dla każdego horrormaniaka.

Gotowy film okazał się być ogromnym sukcesem, przy skromnym budżecie 5,8 miliona przynosząc wpływy na poziomie 92 milionów dolarów na całym świecie. Zarówno krytycy, jak i widownia rozsmakowali się w specyficznej mieszance horroru i komedii, co w kolejnych latach zachęciło szereg twórców do korzystania z podobnej formuły. Z kolei Michael Jackson zauroczony możliwościami, jakie zaprezentowali w dziedzinie efektów twórcy, zaprosił Landisa i Bakera do realizacji klipu do utworu Thriller (1983), który – jak wszyscy dziś wiemy – okazał się być przełomowym dla tego medium dokonaniem. Całkiem nieźle jak na niepozorny weekendowy wypad do Albionu, czyż nie?

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.