A Blade in the Dark (1983). Przepraszam, czy tu mordują?

Podczas pracy w charakterze asystenta reżysera na planie Tenebrae (1982), Lamberto Bava otrzymał propozycję zrealizowania czteroodcinkowego mini-serialu dla włoskiej telewizji. Scenariusz autorstwa Elisy Briganti i Dardano Sacchettiego w bezpośredni sposób nawiązywał do klasyki giallo, a założenie całego przedsięwzięcia było takie, iż każdy z półgodzinnych odcinków kończyłaby scena brutalnego mordu. Gotowy produkt nie przypadł jednak do gustu telewizyjnym cenzorom, którzy uznali zawartość za zbyt drastyczną do wyemitowania na małym ekranie. Producenci filmu zamiast cięć wybrali inne rozwiązanie: polecili Bavie przemontować materiał, tak by powstał pełnometrażowy film na potrzeby kin. Rzecz zadebiutowała na ekranach 6 sierpnia 1983 roku jako La casa con la scala nel buio (dosł. Dom z mrocznymi schodami) i była pierwszym poważnym sukcesem w karierze syna słynnego Mario.

Film rozpoczyna wzięta wprost ze sztafażu kina grozy scena z trójką dzieci w opuszczonym domu: dwóch chłopców namawia trzeciego, by ten podjął wyzwanie i zszedł po schodach do ciemnej piwnicy. Zapłakany malec niechętnie schodzi i wtem… okazuje się, że na dole coś naprawdę jest! Po chwili okazuje się, że ten zgoła sztampowy wstęp to jedynie fragment horroru kręconego przez wziętą reżyserkę. Wynajęty do napisania ścieżki dźwiękowej kompozytor Bruno (Andrea Occhipinti) wprowadza się na okres pracy do położonej na odludziu willi. Z czasem mężczyzna zaczyna podejrzewać, że nie jest w posiadłości sam…

A Blade in the Dark to wręcz wzorcowy przykład „schyłkowego” giallo. Okazjonalne eksperymenty pokroju Footprints on the Moon (1975) Luigi Bazzoniego czy Death Laid an Egg (1968) Giulio Questiego w latach 80. nie miały już racji bytu. Zastąpione zostały w pełni usystematyzowanymi regułami gatunku. Obraz Bavy juniora to „po Bożemu” nakręcony przykład ”żółtego kina”: sztampowo poprowadzona fabuła prowadzi nas od jednego zabójstwa do kolejnego. Kolejne dziewczęta pojawiają się w posiadłości zajmowanej przez kompozytora, po to jedynie, aby zostać zaszlachtowanymi przez tajemniczego mordercę w rękawiczkach. Popychające naprzód akcję dialogi szeleszczą w uszach, a sprawy bynajmniej nie pojawia fakt, iż w większości dostępnych kopii rzecz opatrzona została tradycyjnie już koszmarnym, anglojęzycznym dubbingiem. Aktorstwo z kolei to typowa „druga liga”, choć warto odnotować iż w drobnej, acz istotnej roli zarządcy pojawia się tu Michele Soavi, w przyszłości twórca Delirii (1987) i O miłości i śmierci (1994).

Z drugiej strony oddać trzeba Lamberto Bavie, że pomimo iż nigdy nie osiągnął poziomu maestrii swojego ojca, większość jego „ejtisowych” dokonań stanowi dowód wysokiej klasy rzemiosła. Tak też jest w przypadku A Blade in the Dark, które pomimo skrajnie niedorzecznych elementów, broni się za sprawą atmosfery i sprawnego wykonania. Można się zżymać, że reżyser bezrefleksyjnie kopiuje klasyków nurtu, a gdy oddaje hołd Hitchcockowi to robi to w najbardziej oczywisty sposób. Kiedy przychodzi jednak do wykorzystania atutów lokacji, czyli wielkiej willi, twórca umiejętnie kreuje klaustrofobiczny klimat zagrożenia. Pomaga mu w tym wydatnie ścieżka dźwiękowa Guido i Maurizio De Angelisów (wcześniej odpowiedzialnych m.in. za muzykę do mocarnych poliziotteschi Violent Rome [1975] i The Big Racket [1976]) oraz zdjęcia początkującego operatora Gianlorenzo Battagli, w późniejszych latach stałego współpracownika reżysera (film został zresztą w całości zarejestrowany na taśmie 16mm i dopiero następnie przekonwertowany do formatu 35mm).

Nie zawodzi także clou programu, czyli sceny mordów, które są odpowiednio krwawe i zręcznie zmontowane. W pamięć zapada w szczególności wyjątkowo brutalna sekwencja zabójstwa w łazience – zawarty w niej poziom sadyzmu budzi podejrzenie czy Bava przypadkiem nie chciał stawać w szranki z co bardziej osławionymi kolegami po fachu w konkursie na najbardziej mizoginistyczną scenę przemocy we włoskim kinie. Rozczarowuje za to finał, który oprócz tego, że zawiera absurdalny, odtwórczy twist zerżnięty z pewnego klasyka (jakiego – nie zdradzę, napiszę jedynie że to banał, jakich mało), to przy okazji jest mało efektowny.

Blade uznawane jest często za najlepsze dokonanie Lamberto Bavy. I o ile można się w tej kwestii spierać (bo przecież mamy choćby w kolejce i świetne Demony [1985]), to nie ulega wątpliwości że jest to najbardziej reprezentatywne dla jego dorobku dokonanie. Porządnie skrojony film grozy z okresu, gdy włoskie kino gatunkowe powoli wytracało swój pierwotny impet. Na pierwszy rzut oka giallo jakich wiele, niemniej odznaczające się wysokim potencjałem rozrywkowym. Lekkie i orzeźwiające, bo pozbawione artystowskich zapędów. Lata spędzone na planach kolejnych produkcji ojca nie poszły ostatecznie w las, a że nie każdy musi być geniuszem w swojej branży – to już inna sprawa.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.