40 twarzy Nicolasa Cage’a (część 2)

Witam ponownie wszystkich miłośników mistrza nouveau shamanic, czyli – oczywiście – mocarnego Nicolasa Cage’a! Jeśli ktoś z Was przegapił 1. część przeglądu 40 produkcji z bohaterem niniejszej wyliczanki, to swoje zaległości powinien nadrobić klikając tutaj. Reszta może natomiast cieszyć się lekturą kontynuacji. Zanim jednak do niej przejdę, chciałbym krótko przypomnieć, że – tak jak poprzednio – przedstawia ona 10 najgorszych i 10 najlepszych pozycji z aktorem ułożonych wg gustu autora tekstu, zatem próżno tu szukać choćby krzty obiektywizmu. Skoro wszystko jest już jasne, ruszajmy więc na 20 spotkań z Nicolasem Cage’m.

Podróż na dno #10 – Ogniste ptaki (Fire Birds, David Green, 1990)

Ogniste ptaki to pierwszy film akcji, w którym Nicolas Cage zagrał główną rolę, a partnerują mu w nim Tommy Lee Jones i Kristin Wynn. Cage wciela się w młodego pilota śmigłowców, którego zbytnia pewność siebie zostanie nieco utemperowana podczas walk z przemytnikami narkotyków. Skojarzenia z Top Gun (1986) nasuwają się same, lecz trudno uznać Ogniste ptaki za produkcję o choćby trochę kultowym potencjale. Składniki, z jakich sklejono film, to pozbawiona emocji fabuła, wyjątkowo źle nakreślone postaci – szczególnie antagoniści, pozbawione polotu sceny akcji oraz przedawniony i dość kuriozalny patriotyzm. Rzecz wygląda, jakby ktoś wyciągnął zapomniany scenariusz napisany gdzieś na początku lat 80. i nieznacznie go przerobił w poszukiwaniu możliwości uzyskania prędkiego zarobku.

Podróż na szczyt #10 – Ptasiek (Birdy, Alan Parker, 1984)

Ptasiek jest adaptacją powieści Williama Whartona poświęconej dwóm przyjaciołom. Tytułowy mężczyzna (Matthew Modine) to powracający z Wietnamu młody żołnierz, którego połamana psychika sprawia, że nabrał przekonania, iż jest ptakiem. Z tego powodu został zamknięty w wojskowym zakładzie psychiatrycznym. Jego przyjaciel Al (Nicolas Cage) – którego rany są fizyczne, a nie mentalne – codziennie odwiedza Ptaśka z nadzieją, że uda mu się wyleczyć swojego towarzysza. Produkcja prymarnie rozgrywa się w posępnych wnętrzach zakładu, toteż w dużej mierze Parker w celu utrzymania uwagi widza polega na wyborach stylistycznych oraz aktorskich popisach Modine’a i Cage’a. Film uzupełnia także licznymi retrospekcjami, unikając przy tym trzymania się chronologii zdarzeń, co współgra z rozbitymi psychikami postaci. I choć centralna oś fabularna staje się stopniowo nieco nużąca, a tematyka ran wojennych – spowodowanych konfliktem w Wietnamie – okazuje się niezbyt nowatorska, to sam zapis historii życia protagonistów i dokonywanych przez nich wyborów, jakie doprowadziły ich do miejsca, w którym ich zastajemy, jest wystarczająco interesujący i formalnie intrygujący, by uznać Ptaśka za jeden z najlepszych obrazów w bogatej karierze Nicolasa Cage’a. Warto przy okazji dodać, że aktor, aby lepiej wczuć się w rolę, wyrwał sobie 2 zęby bez znieczulenia i kilka tygodni spędził z zabandażowaną głową, słuchając nieprzyjaznych reakcji ludzi i nabawiając się zapalenia skóry.

Podróż na dno #9 – Dwa miliony dolarów napiwku (It Could Happen to You, Andrew Bergman, 1994)

Dwa miliony dolarów napiwku stanowi jedną z licznych komedii romantycznych, w jakich zwykł pojawiać się bohater niniejszej wyliczanki; jest to też film, który spotkał się z przychylną oceną większości krytyków. Jednak w moim uznaniu jest to jedna z najgorszych pozycji z Nicolasem Cage’m. Luźno bazująca na prawdziwych wydarzeniach opowieść o kuponie na loterię, dzięki któremu rozwija się miłość policjanta (Cage) i kelnerki (Bridget Fonda), stanowi nudnawy festiwal przesłodzonych do granic możliwości banalnych scen oraz powtarzanych truizmów. Przesłanie jest tu nadto nieskomplikowane: jeśli źli ludzie dostaną pieniądze, staną się gorsi, a jeśli dobrzy ludzie dostaną pieniądze, staną się lepsi. Czarno-biały podział świata przedstawionego i prostota charakterów postaci tylko dopełniają obrazu Dwóch milionów dolarów napiwku jako produkcji niezwykle ciężkiej do strawienia.

Podróż na szczyt #9 – Zostawić Las Vegas (Leaving Las Vegas, Mike Figgis, 1995)

Zostawić Las Vegas jest zdecydowanie jedną z najważniejszych pozycji w karierze Nicolasa Cage’a, gdyż to za rolę w tym właśnie filmie został on nagrodzony Oscarem dla najlepszego aktora. Jest to ponury, pesymistyczny dramat, uzupełniany elementami tragikomedii oraz romansu, które jednak nigdy nie poddają w wątpliwość, że zaprezentowana historia nie skończy się dla nikogo szczęśliwie. Figgis bowiem powoli, acz nieubłaganie zbliża widzów do finalnej tragedii, przed jaką nie ma możliwości ucieczki. Cage wciela się tu w Bena, alkoholika, którego nałóg zniszczył całe życie. Zrezygnowany i akceptujący swoją porażkę w próbach zostania wartościowym człowiekiem przybywa do Las Vegas, gdzie jego jedynym zamiarem jest zapicie się na śmierć. Na miejscu spotyka prostytutkę Serę (Elisabeth Shue), której los jest nie mniej tragiczny od jego. Dwójka nawiązuje skazany na porażkę romans, starając się znaleźć ostatnią iskrę nadziei i radości zanim nałóg całkiem zniszczy Bena. Bardziej niż przedstawienie negatywnych skutków alkoholizmu i zmuszania kobiet do prostytucji, Figgis skupia się tu na nakreśleniu psychologicznych portretów cierpiących ludzi, jakim nie pozostał w życiu nawet najmniejszy promyk nadziei. Genialnie zagrani przez Cage’a i Shue w jednych ze swoich najlepszych kreacji w karierach, Zostawić Las Vegas stanowi posępne kino, zrywające z tradycją hollywoodzkich happy endów i stawiające zarówno swoich bohaterów, jak i widzów na równi pochyłej, na której końcu czeka tylko czarna otchłań.

Podróż na dno #8 – Manipulacja (Inconceivable, Jonathan Baker, 2017)

W Manipulacji Nicolas Cage został przesunięty na bliski drugi plan, gdzie wcielił się w męża Angeli Morgan (Gina Gershon), kobiety z historią uzależnień i irracjonalnych zachowań, pragnącej powiększenia rodziny o drugie dziecko. Do pomocy w opiekowaniu się pierwszym wynajmuje zatem uroczą nianię imieniem Katie (Nicky Whelan), będącą samotną matką. Katie szybko zdobywa zaufanie małżeństwa i niebawem zamieszkuje z rodziną Morganów, lecz jej prawdziwym celem – jak się wszyscy spodziewamy – wcale nie jest opieka nad dziećmi… Manipulacja jest wyjątkowo pokraczną syntezą thrillera i rodzinnego dramatu, jaka czasami popada w zbytnią melodramatyczność, a kiedy indziej próbuje nieudolnie kusić seksownymi scenami. Przez większość jednak czasu zadowala się ślamazarnym tempem narracji, zbliżającym widza powoli do stanu senności. Jest to powolny, trywialny oraz przewidywalny film, który gdzieś w tle próbuje przemycić jakieś feministyczne komentarze, ale sam za bardzo nie wie jakie.

Podróż na szczyt #8 – Rumble Fish (Francis Ford Coppola, 1983)

Zrealizowany na podstawie powieści S. E. Hintona Rumble Fish jest pierwszym filmem z większą rolą Nicolasa Cage’a, pojawiającym się tu na dalszym drugim planie. Przedstawiona w czerni i bieli (za wyjątkiem jednej sceny) produkcja to – jak określił ją reżyser – „art film dla nastolatków”. Stąd też nie jest sporym zaskoczeniem, że obraz stanowi mocno stylizowaną, oniryczną, a czasem wręcz deliryczną podróż przez życie młodych ludzi w nieznanym amerykańskim mieście i w bliżej nieokreślonym przedziale czasowym. Nawet fabuła nie została tu w pełni nakreślona. Zamiast tego Coppola woli się skupiać na emocjach i – przede wszystkim – obawach swoich protagonistów, wśród których na pierwszym planie przedstawia Zerdzewiałego Jamesa (Matt Dillon). Jest on liderem gangu, postrzegającym za wzór do naśladowania swojego starszego brata, znanego jako Motocyklowy Chłopak (Mickey Rourke). Motocyklowy Chłopak wie jednak, że wspinaczka na szczyt nie tylko nie jest łatwa, ale nawet, gdy uda się do niego dotrzeć, to widok z góry wcale nie jest taki przyjemny, jak mogłoby się wydawać. Zamknięty w matni lęków przed utratą młodości, popularności czy swojego własnego miejsca oraz chęciami awansu i zyskania poważania, James będzie na zmianę przebywał ze swoją dziewczyną (Diane Lane) w quasi-romantycznym anturażu, przeżywał ciężkie chwile z ojcem-alkoholikiem (Dennis Hopper) w scenach dramatycznych, będzie się też bił i jeździł na motorze w sekwencjach rodem z kina akcji, a wszystko to zostało zamknięte w surrealnej otoczce, przedstawionej za pomocą kadrów pełnych dymu, mgieł i pary.

Podróż na dno #7 – World Trade Center (Oliver Stone, 2006)

Kolejna produkcja, posiadająca w większości pozytywne recenzje krytyków, która u mnie ląduje na bardzo niskiej pozycji, to World Trade Center, bazujący na prawdziwych wydarzeniach związanych z atakiem terrorystycznym na tytułową budowlę. Nicolas Cage wciela się tu w ratownika, który podczas pomagania rannym sam zostaje przysypany gruzami, gdzie też spędza większość filmu. Sprawia to, że po dość udanym otwarciu w World Trade Center nie dzieje się w rzeczywistości zbyt wiele. Kilka udanych ujęć i solidna obsada aktorska nie wystarczają, aby wyróżnić produkcję na tle innych filmów katastroficznych. Stone bazuje przede wszystkim na stanie emocjonalnym amerykańskiego społeczeństwa po zamachu, przez co nie czuje się zobligowany do powiedzenia niczego nowego czy intrygującego. Zamiast tego zadowala się fabularną prostotą, próbami unikania wszelkich politycznych komentarzy oraz – co najgorsze – ckliwym sentymentalizmem.

Podróż na szczyt #7 – Joe (David Gordon Green, 2013)

W Joe, stanowiącym adaptację powieści Larry’ego Browna, Nicolas Cage pojawia się jako tytułowa postać, były więzień, pracujący obecnie przy wycince drzew. Prowadzi ciężkie życie, nie ma zbyt wiele cierpliwości i unika problemów. Przynajmniej do czasu, gdy spotyka nastolatka (Tye Sheridan) w kłopotach. Z jakiegoś powodu w Joe budzi się chęć pomocy chłopakowi, co stanowi przyczynek do dramatycznych wydarzeń. Film w dużej mierze zasługuje na uwagę dzięki świetnej kreacji pogrążonego w myślach brodatego Cage’a w jednej ze swoich lepszych ról. Tymczasem Green kreuje w produkcji nastrój ponurego dramatu, jaki okazjonalnie rozrywa scenami przemocy i w którego centrum umieszcza nieco moralizatorską opowieść o niesieniu pomocy innym, szczególnie tym, którym życie wciąż podrzuca kłody pod nogi. W połączeniu z niespiesznym, ale utrzymującym uwagę widza tokiem narracji oraz atmosferą posępności, ale też i dobroci, Joe stanowi pozycję, jakiej żaden fan Nicolasa Cage’a nie powinien pominąć.

Podróż na dno #6 – Kod 211 (211, York Shackleton, 2018)

Kod 211 zaczyna się od sekwencji akcji, wprowadzającej głównych antagonistów: potężnych, świetnie wyszkolonych najemników, którzy są mistrzami strategii, celności i walki wręcz. Następnie wprowadzona zostaje ścigająca ich agentka Interpolu: odważna, zmyślna, kojarząca fakty lepiej niż inni. Potem wprowadzony zostaje czarnoskóry chłopak, spotykający się ze znęcaniem w szkole. Gdy nie wytrzymuje i oddaje napastnikom, zostaje za karę wysłany na spędzenie dnia z policjantami i przyjrzenie się ciemniejszej stronie miasta w celu wysnucia wniosków na przyszłość. Jednym z policjantów, z którym ma spędzić ów dzień, jest Mike (Nicolas Cage). Razem z Mikiem nie będzie jednak podróżował radiowozem po sennej okolicy, lecz stanie się świadkiem walki małomiasteczkowej policji z genialnymi najemnikami. Shackleton żongluje tu tyloma wątkami, że nigdy nie udaje mu się zadowalająco powiązać wszystkich postaci, a prócz tych wspomnianych jest tu jeszcze kilka innych. Wynika to narracyjnym chaosem oraz redukcją licznych osób do roli tła, co sprawia, że widz zaczyna kwestionować sens ich obecności, szczególnie gdy film traci sporo czasu na zupełnie niepotrzebne sceny. Te, które są zaś potrzebne, zebrane zostały w nieskładny miszmasz durnowatych sekwencji akcji, podczas których raz za razem nasi „ultrapotężni” najemnicy okazują się wyjątkowo kiepscy w planowaniu czegokolwiek. Kuriozalny jest ich ostatni manewr, na jakiego przygotowanie reżyser poświęca niemało czasu i jaki poprzedzają „epickie” kwestie pani z Interpolu ogłaszającej wszem i wobec, jakie to niesamowite pomysły drzemią w umysłach antagonistów i jak ich finalny fortel zmiecie wszystkich dzielnych policjantów z powierzchni Ziemi. Jeden wybuch granatu i kilka oddanych strzałów później, wszyscy najemnicy leżą już martwi. Kod 211 to jeden z najbardziej rozczarowujących, frustrujących i nużących filmów akcji ostatnich lat, który odnosi porażkę zarówno w scenach strzelanin, jak i w próbach udzielenia komentarzy dotyczących rasowych relacji w Stanach Zjednoczonych.

Podróż na szczyt #6 – Ciemna strona miasta (Bringing Out the Dead, Martin Scorsese, 1999)

W tym osadzonym w Nowym Jorku wczesnych lat 90. filmie Nicolas Cage wciela się w sanitariusza pogotowia, który podczas odbywania podróży poprzez najmroczniejsze zakamarki miasta powoli traci mentalną równowagę. Produkcja przedstawia 56 godzin z życia bohatera, kiedy to poznaje on ludzi na skraju fizycznych i psychologicznych przepaści, przestępców, szaleńców czy zwyczajnie ludzi zmęczonych życiem. W połączeniu z jego postępującym wyczerpaniem wszystko to składa się na atmosferę ponurości, niepewności, niespełnienia, ale też oniryzmu. Mimo tego Ciemna strona miasta nie jest wypełniona pesymizmem, wręcz przeciwnie, jest to raczej swoisty zbiór przypowieści o dobroci serca cierpiącego mężczyzny, zmagającego się z własnymi demonami. Nicolas Cage oczywiście do takiej roli pasuje idealnie, co potwierdza stworzeniem zapadającej w pamięć kreacji; czasem wydaje się, że za moment upadnie z wyczerpania, a czasem buzuje nieskończoną energią. Wyróżnia go to na tle innych postaci, szczególnie, że gdzieniegdzie przypominają one bardziej zombie niż żywych ludzi. Oprócz Cage’a warto też zwrócić uwagę na świetnego Vinga Rhamesa, który to – wg licznych krytyków – zasługiwał na nominację do Oscara.

Podróż na dno #5 – Powrót z zaświatów (Between Worlds, Maria Pulera, 2018)

W Powrocie z zaświatów Nicolas Cage pojawia się w roli cierpiącego na wyrzuty sumienia i nieznośną samotność kierowcę ciężarówki, który zostanie uwiedziony przez nastolatkę opętaną przez duszę jego zmarłej żony. A wszystko to odbędzie się w takt przewodniego motywu muzycznego skomponowanego przez Angelo Badalamentiego. Opis ten brzmi co najmniej zachęcająco, lecz Maria Pulera nie osiągnęła poziomu ani dziwności, ani tajemniczości, ani niepokoju, ani inteligencji charakteryzujących filmy Davida Lyncha, którymi się tu wyraźnie inspirowała. Zamiast tego zabrała widzów na niezwykle powolny mariaż dramatu z wyrugowanym ze wszelkich emocji horrorem, uzupełnionym o dość groteskowe sceny bliższych kontaktów Cage’a z młodą dziewczyną. Monotonia wdziera się tu praktycznie w każdą scenę i choć Cage korzysta czasem ze swojego nadto ekspresyjnego stylu gry, to nawet on wydaje się powoli zasypiać na planie.

Podróż na szczyt #5 – Zły porucznik (The Bad Lieutenant: Port of Call – New Orleans, Werner Herzog, 2009)

Mimo podobieństwa tytułów, produkcja Wernera Herzoga nie jest remakem Złego porucznika (1992) Abla Ferrary. Herzog ponoć nie był zadowolony, gdy zaprezentowano mu tytuł Bad Lieutenant i optował za Port of Call New Orleans, ostatecznie jednak zgodził się na kompromis w postaci The Bad Lieutenant: Port of Call – New Orleans. Nicolas Cage wciela się tu w policjanta Terence’a McDonagha, jaki podczas ratowania więźnia w trakcie huraganu Katrina, doznał uszkodzenia kręgosłupa, przez które uzależnił się od środków przeciwbólowych. Te zaś stanowią prostą drogę do narkotyków i nader bliskich kontaktów z półświatkiem przestępczym. McDonagh jednak – mimo dokonywania wielu etycznie wątpliwych wyborów – jest w rzeczywistości człowiekiem o dobrym sercu. Zakochany w mającej swoje uzależnienia prostytutce (Eva Mendes) i próbujący wynurzyć się z moralnego bagna, w jakim powoli tonie, będzie stykał się z najróżniejszymi typami spod ciemnych gwiazd oraz przechodził przez całe spektrum narkotycznych wizji i nierzadko szalonych emocji, przedstawionych często w groteskowym anturażu. Cage jest idealnym aktorem dla postaci nieobliczalnego szaleńca o sercu ze złota. Jest to jedna z najlepszych kreacji w jego karierze, gdyż idealnie wpasował się w styl Herzoga, znajdujący się tu na granicy policyjnego dramatu i onirycznej przypowieści. Reżyser zresztą pozwalał swoim aktorom na całkiem spore improwizacje, większość z nich jest autorstwa Cage’a, ale pojawiają się także inne, jak np. sceny kłótni Evy Mendes z Jennifer Coolidge. Poza nimi w filmie zagrali również Harvey Keitel, Xzibit czy Val Kilmer. Fabularnie jest to swoista podróż w kierunku katharsis. Mimo posiadania moralnie ambiwalentnego protagonisty, bycia wypełnioną przez wybrakowane psychicznie postaci i stykania widza z przestępczością, narkomaństwem oraz szaleństwem, Zły porucznik ostatecznie pokazuje, że czasem da się z tej całej degrengolady wyczołgać. Trzeba się tylko przy tym nielicho ubrudzić.

Podróż na dno #4 – Kult (The Wicker Man, Neil LaBute, 2006)

Remake kultowego Kultu (1973) Robina Hardy’ego pozostaje jednym ze sztandarowych przykładów nieudolnego wykorzystania szalonego stylu gry aktorskiej Nicolasa Cage’a. Niesławna scena z pszczołami to popisowa szarża aktora, która w Mandy (2018) czy Pocałunku wampira (1988) nie sprawiałaby tak niezamierzenie komediowego wrażenia, jakiego nabiera w starającym się zachować realistyczną powagę thrillerze Neila LaBute’y. Wszelkie społeczne konteksty, wszelki psychologiczny ciężar, wszelki nastrój folkowej grozy ulotnił się z remake’u bezpowrotnie, pozostawiając widza ze szkieletem fabuły, która powoduje niemal zupełnie odwrotne efekty od zamierzonych. I choć w teorii wejście w matriarchalny świat Kultu jawi się jako pomysł intrygujący i otwierający produkcję na niemałą liczbę kulturowych komentarzy, to LaBute nie jest w stanie ani powiedzieć, ani pokazać choćby jednej interesującej rzeczy.

Podróż na szczyt #4 – Adaptacja (Adaptation., Spike Jonze, 2002)

Nicolas Cage, Meryl Streep, Chris Cooper i Nicolas Cage grają główne role w meta-filmie Adaptacja. Charlie Kaufman (Cage) to autor nagradzanego scenariusza do Być jak John Malkovich (1999). Ten posiadający bardzo niskie mniemanie o sobie scenarzysta został niedawno zatrudniony do napisania skryptu do The Orchid Thief, jednak nie pała on do swojego zadania zbytnią miłością. Zamiast tego decyduje się więc napisać scenariusz Adaptacji, opowiadający o cierpiącym na brak weny scenarzyście, próbującym napisać scenariusz The Orchid Thief. Akcja tegoż Złodzieja orchidei rozgrywa się w Orleanie, który w filmie manifestuje się pod postacią Meryl Streep. Sam złodziej zaś objawia się w osobie Chrisa Coopera. Aby „pomóc” Charliemu w pracy, przybywa do niego pozbawiony większych umiejętności, lecz niepozbawiony nieskończonych zapasów pewności siebie Donald (ponownie Cage), brat bliźniak Charliego. Nominowany do Oscara za swoją podwójną kreację Cage lśni tu jako niespełniony, łysiejący scenarzysta, zastanawiający się nad własnym życiem w procesie pisania scenariusza opowiadającego o tymże życiu. Fikcja miesza się tu z rzeczywistością, realne postaci z wyobrażonymi, a lekcje życiowe z groteską. To film, gdzie Orlean wiedzie Coopera na pokuszenie, a Kaufman zaczyna rozwijać w sobie seksualne pragnienia do miasta spersonifikowanego w osobie Meryl Streep. Jego frustracje (seksualne, pisarskie etc.) zaczynają wymykać mu się spod kontroli, a zażywane środki halucynogenne sprawiają, że coraz bardziej odseparowuje się od rzeczywistości i coraz bliższe staje się ryzyko, że zostanie zabity przez wymyślone przez siebie postaci. Wyśmiewająca filmowe klisze Adaptacja dzięki świetnej reżyserii Jonze’a i kolejnej cudownie szalonej, lecz trzymanej przez reżysera w ryzach kreacji Cage’a stanowi nie tylko jedną z najlepszych produkcji z aktorem, lecz świetne kino samo w sobie.

Podróż na dno #3 – Ghost Rider 2 (Ghost Rider: Spirit of Vengeance, Mark Neveldine i Brian Taylor, 2011)

W 2011 roku Nicolas Cage powrócił do roli Johnny’ego Blaze’a w sequelu Ghost Ridera (2007), ponownie opowiadającym o antybohaterze z komiksów Marvela. Już pierwszy film pozostawiał wiele do życzenia, lecz kontynuacja stanowi prawdziwy wysyp nieprzemyślanych decyzji i idiotycznych pomysłów. Gdy widz zaczyna powoli wczuwać się w groteskową konwencję, twórcy nagle zaczynają podchodzić do oferowanych w scenariuszu głupot z pełną powagą, a gdy tylko ruszają z jakimiś scenami akcji, za moment spowalniają tempo narracji, jakby specjalnie nie chcieli, aby widz był w stanie odczuwać choćby najmniejszą frajdę podczas seansu. Cage stara się jak może, aby zadośćuczynić swoimi aktorskimi szarżami za braki w CGI (które – trzeba przyznać – czasami prezentuje się przyzwoicie), ale nawet on nie jest w stanie tchnąć zbyt wiele energii w płonące kości Ghost Ridera. A gdy produkcja skręca w niepotrzebną powagę, wtedy jego ekscesy zaczynają niebezpiecznie kojarzyć się z Kultem Neila LaBute’y.

Podróż na szczyt #3 – Pocałunek wampira (Vampire’s Kiss, Robert Bierman, 1988)

Pocałunek wampira jest jedną z najsłynniejszych kreacji Nicolasa Cage’a, choćby dzięki licznym memom wykorzystującym podobiznę aktora w roli Petera Loewa. Bohater niniejszej wyliczanki wciela się tu w agenta literackiego, który cierpi na niemałe wahania nastroju i liczne (nadto wybuchowe) frustracje. Pewnego dnia zostaje ugryziony w nocnym klubie przez atrakcyjną kobietę (Jennifer Beals), co bynajmniej nie poprawia jego psychicznego stanu. Jego irytacje oraz gwałtowne emocje powoli wymykają mu się spod jakiejkolwiek kontroli i wynikają m.in. groteskowymi, obsesyjnymi atakami na jego sekretarkę (Maria Conchita Alonso). Loew niebawem „domyśla się”, co jest powodem jego maniakalnego zachowania: dziewczyna, która go ugryzła, jest wampirem. Przekonany o swojej własnej przemianie, bohater kupuje sztuczne kły i rusza na łowy. Filmowy Peter Loew to 100% Cage’a w Cage’u. Wszystkie wybuchy energii, dziwne ruchy, wybałuszone oczy, nadekspresyjna gra aktorska – wszystko, co kojarzymy z Cagem, kiedy myślimy o jego najbardziej widowiskowych kreacjach, znajduje się w Pocałunku wampira. Nie dziwi więc opinia niektórych jakoby rola aktora zastępowała tu wszystkie możliwe efekty specjalne. Cage gdy tylko się pojawia, kipi nadludzką wręcz energią i praktycznie sam dyktuje intensywność danych scen, a nawet całej produkcji. Produkcji, która igra z kliszami wampirycznego kina, przedstawiając historię o wypaleniu się, frustracjach, niepowodzeniu wypełnienia wyobrażonego przez siebie i społeczeństwo ideału, ale też o bardziej przyziemnych nadużyciach władzy w korporacjach.

Podróż na dno #2 – Banita (Outcast, Nick Powell, 2014)

Nicolas Cage pojawia się tym razem w drugoplanowej roli w inspirowanej filmami wuxia produkcji, celowanej w rynek chiński. Banita oferuje zatem widzom quasi-historyczny śmietnik pomysłów. Abstrahując już od tego, że wszyscy posługują się tu językiem angielskim (czasem z brytyjskim akcentem), obraz ten jest typowym przykładem przedstawiania białego człowieka jako najwyższego osiągnięcia ewolucyjnego. Główny bohater (Hayden Christensen) jest młodym ex-krzyżowcem, który nawet naćpany z łatwością rozwala zawodowych, chińskich żołnierzy. Żeby pomóc cesarzowi Państwa Środka, będzie musiał odnaleźć i przekonać do pomocy tajemniczego wojownika Białego Ducha (Nicolas Cage). Poza tymi fabularnymi niewrażliwościami, produkcja w ogóle nie przejmuje się konduktami zachowań w starożytnych Chinach ani nawet rozbudową scen akcji poza niezbędne minimum. Dodać do tego przewidywalną, prostą – żeby nie napisać prostacką – historię oraz okazjonalne dłużyzny i otrzymujemy film, który chyba nikogo nie będzie w stanie zainteresować.

Podróż na szczyt #2 – Mandy (Panos Cosmatos, 2018)

Krwisto-czerwony Mandy Panosa Cosmatosa to piękny koszmar, który z powodzeniem korzysta zarówno z psychodelicznych motywów, jak i tych pochodzących z kina grozy oraz filmów akcji. Rozgrywając się w 1983 roku, opowiada o krucjacie Reda Millera (Nicolas Cage), którego ukochana Mandy została porwana przez tajemniczą sektę pod przywództwem sadystycznego Jaremiaha Sandsa (Linus Roache). Obraz został niejako podzielony na dwie części; pierwsza jego połowa skupia się na pełnym miłości i nadziei życiu Reda i Mandy, druga na fantasmagorycznej, pełnej nienawiści zemście protagonisty i jego walce z dosłownie demoniczną sektą. Cosmatos i Cage nie zatrzymują się przed niczym, aby przedstawić opowieść nabierającą wrażenia narkotykowego tripu. Aktorskie wybuchy energii Cage’a nie tylko wydają się tu całkiem na miejscu, ale otoczone surrealną nadwyżką motocyklistów z piekła rodem, rozpuszczających się twarzy czy pojedynków na piły mechaniczne sprawiają wręcz wrażenie zupełnie normalnych. Z projektami rekwizytów wyjętych niczym z okładki death metalowego zespołu, nieposkromioną energią, lecz również z długimi chwilami psychodelicznego spowolnienia i efemeryczną ścieżką dźwiękową Johanna Johanssona Mandy to jedna z najciekawszych produkcji ostatnich lat.

Podróż na dno #1 – Czasy ostateczne: Pozostawieni (Left Behind, Vic Armstrong, 2014)

Czasy ostateczne to nie tylko najgorszy film w filmografii Nicolasa Cage’a, to również jeden z absolutnie najgorszych obrazów, jakie w życiu widziałem (a oglądałem wszystkie pozycje ze Stevenem Seagalem). Oglądanie tej posiadającej ledwie 1% świeżości na Rotten Tomatoes produkcji to koszmarne doświadczenie, które zaserwowali nam chrześcijańscy fundamentaliści. Otóż pomyśleli oni sobie, że skorzystanie ze schematów kina katastroficznego i wymieszanie ich z elementami religijnego fantasy, jakie później znajdą genialne wykorzystanie w serialu Pozostawieni (2014-2017), wystarczy do wygenerowania duchowego przeżycia. Otóż nie wystarczyło nawet do stworzenia koherentnego filmu. Główna część Czasów ostatecznych rozgrywa się po tajemniczym zniknięciu milionów ludzi z powierzchni Ziemi, jednak z powodu osadzenia wydarzeń w ramach religijnej propagandy nie służą one do opowiedzenia niczego interesującego, lecz stanowią ledwie pretekst do wrzucanych bez ładu i składu „mądrości” oraz wątku nawróceń. To samo w sobie może nie byłoby tak bolesnym przeżyciem, gdyby nie fakt, że warstwa stylistyczna także jest fatalna. Wyrugowane z atrakcyjności kadry, dłużące się sceny, zupełny brak napięcia czy poczucia zmierzania w jakimkolwiek konkretnym celu – nie ma to nic, co sprawiłoby, żeby skierować w stronę Czasów ostatecznych jakiekolwiek pochwalne słowa.

Podróż na szczyt #1 – Dzikość serca (Wild at Heart, David Lynch, 1990)

Dzikość serca to słynna produkcja spod ręki Davida Lyncha, opowiadająca o Sailorze i Luli, parze kochanków uciekających przed szaloną matką dziewczyny, prywatnym detektywem i wysłanym za nimi zabójcą. Położenie skłania ich do odbycia podróży, podczas której spotkają galerię mniej lub bardziej groteskowych postaci. Przyznam, że choć jestem fanem Lyncha, to Dzikości serca nie uważam za jego najwybitniejsze osiągnięcie. Mimo tego ten zdobywca Złotej Palmy podczas festiwalu filmowego w Cannes w 1991 roku pozostaje filmem, do którego wciąż lubię wracać. I nie tylko z powodu charakterystycznego stylu reżysera, lecz również dzięki świetnej obsadzie (m.in. Laura Dern, Willem Dafoe, Harry Dean Stanton, Isabella Rosellini), spośród której najbardziej wyróżnia się – oczywiście – Nicolas Cage. Dzikość serca to kino drogi, na jakiej dwójka protagonistów zetknie się ze swoimi marzeniami i koszmarami; będzie przejeżdżać przez światło i gubić się w ciemności; będzie spędzać czas radośnie i seksownie, ale też w strachu i w cierpieniu. U Lyncha niczego nie można być pewnym, bo i w życiu niczego nie można być pewnym; rzeczywistość nieprzerwanie ulega perspektywicznemu zniekształceniu. Powstała z inspiracji powieścią Barry’ego Gifforda historia Luli Pace Fortune i jej kochanka Sailora Ripleya w rękach słynnego surrealisty jest naładowana intensywnymi emocjami, odniesieniami do popkultury (i pop-artu) oraz – bez niespodzianki – do Czarnoksiężnika z krainy Oz. Staje się przy tym wyolbrzymiona i rozbuchana niemal do granic sztuczności, w których to perfekcyjnie odnajduje się Cage, kreujący naturalną, żywiołową postać w kultowej już kurtce z wężowej skóry: symbolu indywidualizmu jego postaci. Pełna zapadających w pamięć scen, świetnie wyreżyserowana i sfotografowana (przez Marka Plummera) Dzikość serca to mój prywatny #1 w filmografii Nicolasa Cage’a.

KONIEC (?)

2 Komentarze

  1. Największym błędem, stylistycznymi i w ogóle, jest to, że SPIRIT OF VENGEANCE jest oznaczony jako dno. Ten film rządzi, JOKERY i inne LOGANY mogą się schować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.