40 twarzy Nicolasa Cage’a (część 1)

Urodzony 7 stycznia 1964 roku Nicolas Kim Coppola, znany wszystkim jako Nicolas Cage, jest bezsprzecznie jednym z najbardziej charakterystycznych aktorów, jacy kiedykolwiek zagościli na kinowych ekranach. Jego nierzadko szalony styl, stanowiący syntezę aktorstwa metodycznego oraz inspiracji niemieckim ekspresjonizmem i szamanizmem, składa się na formę aktorską, którą sam nazywa „nouveau shamanic”. Uznawany przez jednych za ekstremalnie niedocenianego, przez innych za śmiesznego i/lub memicznego, Nicolas Cage to mega-aktor, który często zabiera widzów poza realistyczne próby odzwierciedlania postaci; zamiast tego tworzy przejaskrawione kreacje sprawiające, że widz odnosi czasem wrażenie obcowania z czymś groteskowym lub surrealnym. W rękach utalentowanych reżyserów jego bohaterowie stanowią idealne uzupełnienie świata przedstawionego (vide Mandy), w rękach mniej uzdolnionych zderzają się z quasi-realistyczną wizją, z którą się wzajemnie kłócą (vide Kult). I choć przez sporo już lat Cage jest kojarzony z niskobudżetowymi i w większości miernej jakości produkcjami, to wciąż odnaleźć go można w intrygujących pozycjach i ciągle nie brak mu niekończących się pokładów energii.

Jako że zaliczam się do fanów aktorskich szarży, ale też i tych bardziej stonowanych kreacji Cage’a, obejrzałem wszystkie filmy z jego udziałem. Zatem – za sugestią Marcina Zembrzuskiego – zdecydowałem się na napisanie niniejszej wyliczanki, w skład której wchodzi 40 pozycji z Cagem: 20 najgorszych i 20 najlepszych wg mnie. Chciałbym podkreślić, że lista ta nie ma udawać obiektywnej, jest bowiem czysto subiektywną opinią, stąd czasem wśród „najlepszych” pojawią się produkcje o niskiej ocenie tak krytyków, jak i widzów (przynajmniej tych aktywnych na imdb, Rotten Tomatoes czy FilmWebie), a wśród „najgorszych” pozycje o ocenach dość wysokich. Filmów jest wiele, stąd tak krótkie ich opisy i stąd też sądzę, że starczy już tego wstępu; oto 20x Nicolas Cage!

Podróż na dno #20 – Cotton Club (The Cotton Club, Francis Ford Coppola, 1984)

Zrealizowany za ok. 47 milionów dolarów Cotton Club to bardzo nierówny miks kina gangsterskiego i jazzowego musicalu, wypełnionego muzyką z lat 20. i 30., z akcją osadzoną w Harlemie. Jego nieskładność nie dziwi jednak, jeśli weźmiemy pod uwagę, że okres produkcji filmu był naznaczony licznymi problemami: przepisywaniem scenariusza, zmianami reżyserów, licznymi poprawkami montażowymi, a nawet zmianą bohaterów opowieści. Kolejne modyfikacje wynikły wieloma narracyjnymi potknięciami, nielogicznymi rozwiązaniami fabularnymi czy urywającymi się wątkami. Nicolas Cage pojawia się w Cotton Club w drugoplanowej roli amoralnego brata głównego bohatera, w którego wcielił się Richard Gere. Cage wypada bardzo naturalnie w swojej kreacji i niewątpliwie stanowi jedną z zalet produkcji, która zresztą posiada bardzo przyzwoitą obsadę. Niestety chaotyczny scenariusz nie pozwala zbytnio przejmować się zaprezentowaną historią, pozostaje więc słuchać jazzowych kawałków (a że wielkim fanem jazzu nie jestem, to i seans Cotton Club nie był dla mnie satysfakcjonującym doświadczeniem).

Podróż na szczyt #20 – Wyścig z Księżycem (Racing with the Moon, Richard Benjamin, 1984)

Wyścig z Księżycem to historia trójki amerykańskich nastolatków, których losy toczą się w 1943 roku. Rzecz opowiada o standardowych, acz bardzo sympatycznie przedstawionych troskach młodzieży: domowych kłopotach, wystawianych na próbę przyjaźniach oraz – oczywiście – o romansach. Jednak w tym filmie bohaterowie oczekują nie tylko wejścia w dorosłość, lecz również wcielenia do armii i wysłania na front drugiej wojny światowej. Toteż w Wyścigu z Księżycem co pewien czas powraca widmo konfliktu, wzbogacające obraz o elementy dramatyczne (np. podczas wizyty w szpitalu pełnym rannych żołnierzy, gdzie epizodycznie pojawia się Michael Madsen), bardzo udanie zgrane z elementami rodem z komedii romantycznej. Dwie główne role grają tu Sean Penn i Elizabeth McGovern jako zakochana w sobie para. Nicolas Cage pojawia się w rozbudowanej kreacji drugoplanowej jako trzecia najważniejsza postać w filmie: przyjaciel protagonisty. Jest to świetna kreacja, pełna emocji (jest tu nawet jeden cage’owski wybuch energii, stanowiący zwiastun jego późniejszych szarży aktorskich), ale też i smutku. Sprawna reżyseria, świetna obsada, interesujące przedstawienie losów młodych stykających się z niepewną przyszłością, składają się na bardzo interesujący i dość uniwersalny film.

Podróż na dno #19 – Błękitny chłopiec (The Boy in Blue, Charles Jarrott, 1986)

Błękitny chłopiec to naśladujący Rocky’ego (1976) kanadyjski film, w którym Nicolas Cage wciela się w chłopaka z nizin społecznych, posiadającego wyjątkowy wioślarski talent. Wioślarstwo dawniej było popularnym sportem, przykuwającym uwagę licznej widowni oraz przedsiębiorców szukających możliwości intratnych, lecz nie zawsze legalnych zarobków. Bohater zostaje wypatrzony przez oportunistycznego promotora, a wygrane wyścigi ustanawiają go na kursie kolizyjnym z okrutnym i bogatym biznesmenem, w którego wcielił się Christopher Plummer. W międzyczasie nawiązuje też romans z córką swojego wroga, mającą niebawem wyjść za mąż za obłudnego, bogatego nudziarza. Luźno inspirowany życiem Neda Hanlana, film stanowi slalom poprzez liczne klisze kina sportowego i romantycznego, doprawionego szczyptą komedii. I choć nie można mu odmówić pewnego uroku – w dużej mierze zachowanego dzięki bardzo przyzwoitej grze aktorów, w tym bardzo naturalnego w jednej ze swoich licznych romantycznych kreacji Cage’a – to przewidywalna fabuła, niezwykle proste i jednowymiarowe postaci oraz pretekstowe zwroty fabularne nie pozwalają niestety uznać Błękitnego chłopca za dobre kino.

Podróż na szczyt #19 – Twierdza (The Rock, Michael Bay, 1996)

Mimo że bardzo daleko mi do zostania fanem Michaela Baya, to drugi film w jego reżyserskiej karierze zawsze oglądam z niekłamaną przyjemnością. Nieco durnowata fabuła o byłym agencie MI6 (Sean Connery) i młodym specjaliście od broni chemicznej (Nicolas Cage) wkradających się do tytułowej wyspy-więzienia, gdzie terroryści przetrzymują grupę zakładników, została tu zaprezentowana ze sporym wyczuciem dynamizmu. Narracja jest prędka, a sceny akcji ciekawie zainscenizowane; nie brak także odniesień do klasyki kina, jest nader spora liczba zgonów oraz – co być może najważniejsze – całość nie rozpada się w dużej mierze dzięki żywiołowym kreacjom aktorskim duetu Sean Connery-Nicolas Cage. Zresztą Twierdza może poszczycić się nader przyzwoitą obsadą, spotkamy tu m.in. Eda Harrisa, Michaela Biehna czy Tony’ego Todda, dzięki którym jednowymiarowe postaci sprawiają wrażenie posiadania serca, co w połączeniu z wybuchową (w końcu to film Baya) akcją angażuje emocjonalnie widza.

Podróż na dno #18 – Zagubieni w raju (Trapped in Paradise, George Gallo, 1994)

Świąteczna komedia kryminalna o niezbyt rozgarniętych złodziejaszkach, którzy trafiają do miasteczka, gdzie wszyscy się kochają i każdemu oferują pomocną dłoń – zarys filmu zdecydowanie nie brzmi zachęcająco, szczególnie na takiej stronie jak Kinomisja. Zagubieni w raju to kolejny z serii komediowych i/lub romantycznych produkcji, w jakich Nicolas Cage częstokroć się pojawiał, szczególnie w latach 90. Osadzenie obrazu w okresie świątecznym oznacza, że mamy tu do czynienia z mizernym poczuciem humoru, prostym moralizatorstwem, przewidywalną fabułą i ogólną nudą. Mädchen Amick z Miasteczka Twin Peaks (1990-1991) dodaje obsadzie nieco kolorytu, lecz prym wiedzie w niej oczywiście Cage, jednak nawet on wygląda przez większość czasu jakby był zwyczajnie zmarznięty i niezbyt przejmował się wydarzeniami wokół.

Podróż na szczyt #18 – Peggy Sue wyszła za mąż (Peggy Sue Got Married, Francis Ford Coppola, 1986)

Filmy bazujące na nostalgii widowni za dawnymi czasami nie są novum. Zalicza się do nich także Peggy Sue wyszła za mąż, korzystająca – i to ze sporym sukcesem – z tęsknoty za latami 60. W tytułową postać wcieliła się charyzmatyczna Kathleen Turner, znajdująca się w niezbyt radosnym związku małżeńskim z Charliem (Nicolas Cage). Jak wiele osób przeżywających kryzys wieku średniego, także i ona zastanawia się, czy jej losy nie potoczyłoby się lepiej, gdyby w licealnych latach podjęła inne wybory życiowe. Peggy niespodziewanie otrzymuje szansę, by sprawdzić swoje teorie na własnej skórze; wpada bowiem w zawirowanie temporalne, przez które budzi się z powrotem jako nastoletnia dziewczyna, lecz z wiedzą całego swojego życia. Peggy Sue wyszła za mąż jest produkcją, która – patrząc na gatunek i zarys fabuły – nie powinna mi się podobać, a mimo tego spędziłem z nią czas nader przyjemnie. Nie licząc pokracznego finału, psującego w dużej mierze pozytywne wrażenia z całości, film niezwykle udanie lawiruje między młodzieżową komedią a fatalizmem. Choć ostateczne komentarze i przesłania są banalne, to ich przedstawienie jest inteligentne, sprawne narracyjnie i wiarygodne zarówno dzięki reżyserii Coppoli, jak i energicznym aktorom.

Podróż na dno #17 – Kongresmen (The Runner, Austin Stark, 2015)

Nieskomplikowany dramat, w którym Nicolas Cage wciela się w idealistycznego kongresmena z Nowego Orleanu, walczącego o ukaranie winnych wycieku ropy naftowej w Luizjanie. Jego ideały powoli są jednak miażdżone przez brutalną rzeczywistość, w której liczą się znajomości i pieniądze, a polityka okazuje się – bez zaskoczenia – jednym z najbrudniejszych sposobów zarabiania na życie. Mimo że produkcja dotyka takich tematów, jak choćby społeczne rozwarstwienie czy też gani rządzących za nadmierną chciwość, to jest ona zrealizowana bez polotu, zatrzymująca się zawsze kilka kroków przed powiedzeniem czegoś mocniejszego. W połączeniu z nieco chaotyczną fabułą, nijakimi postaciami i trudnościami – zarówno stylistycznymi, jak treściowymi – w zaprezentowaniu zamierzonych kwestii Kongresmen pozostaje jednym z bardziej rozczarowujących filmów w karierze Cage’a.

Podróż na szczyt #17 – Piekielna zemsta (Drive Angry, Patrick Lussier, 2011)

Nicolas Cage rusza do akcji jako Milton, uciekający z piekła przestępca, walczący z sektą, która zamordowała jego córkę i zamierza złożyć w ofierze szatanowi jego wnuczkę – jeśli chodzi o mnie, to taki zarys fabuły wystarczy, abym chciał sięgnąć po film. Cage wraz z Amber Heard wsiadają w oldschoolowego Chargera i walczą z diabelskimi siłami, ścigającą ich policją i agentem samego szatana, wysłanym aby ściągnąć Miltona z powrotem do piekła. Choć film nie spotkał się z ciepłą recepcją krytyki, choć nie udaje nic więcej ponad szaloną, prędką rozrywkę. Dzieje się tu całkiem sporo, sceny akcji są na przyzwoitym poziomie, nie brak tu absurdów, a jak wiadomo jest to anturaż, w którym Cage czuje się jak ryba w wodzie. Piekielna zemsta to niewątpliwie film daleki od ideału, lecz jako przejaskrawione, rozrywkowe kino akcji sprawdza się znakomicie.

Podróż na dno #16 – Ostatnia misja USS Indianapolis (USS Indianapolis: Men of Courage, Mario Van Peebles, 2016)

Ostatnia misja… to niskobudżetowy, patriotyczny film z Nicolasem Cagem jako kapitanem tytułowego statku, który podczas drugiej wojny światowej transportował bomby atomowe, zrzucone później na Hiroszimę i Nagasaki. Niewątpliwą zaletą produkcji jest jej próba pozostania w miarę neutralną w kontekście omawianego tematu: sporo krytyki spada na amerykański rząd, który nie przejmuje się ofiarami wśród swoich żołnierzy; nieco podobnie – choć wiele bardziej lakonicznie – podchodzi się tu do japońskiej strony konfliktu, reprezentowanej przez kapitana, który wbrew sobie został wciągnięty w walkę i wypełnia brutalne rozkazy bez wiary w ich słuszność i ze smutkiem na widok żołnierzy, którzy uwierzyli w propagandową machinę. Głównymi bohaterami są jednak załoganci i kapitan USS Indianapolis, pokazujący standardowe cechy filmowych grup żołnierzy: miłości zostawione w domu, konflikty z przełożonymi, mniej lub bardziej koleżeńskie rywalizacje, ale też problemy na tle rasowym. Wszystko jednak przebiega w nadto prostej linii fabularnej, która nigdy nie zaskakuje, za to zawsze prowadzi do ckliwych, przejaskrawionych scen oraz nadmiernego patosu. Dodać do tego fabularny chaos, sklejany narracją Cage’a z offu, ciągłe przeskoki między postaciami, przez co żadna z nich nie jest dostatecznie zaprezentowana oraz niskiej jakości CGI i otrzymujemy niezbyt przyjemny w odbiorze film.

Podróż na szczyt #16 – Kolor z przestworzy (Color Out of Space, Richard Stanley, 2019)

Powrót Richarda Stanleya, reżysera kultowych Hardware (1990) i Diabelskiego pyłu (1992), był wyczekiwany przez wielu miłośników kina, szczególnie tego spod znaku Kinomisji. Tym bardziej, że Kolor z przestworzy został oparty na prozie Howarda Phillipsa Lovecrafta, którego próby adaptowania nieczęsto sięgają poziomu niepokoju i tajemniczości, jakimi charakteryzuje się twórczość samotnika z Providence. Stanley adaptuje Lovecrafta dodając do jego prozy odniesienia do współczesnego stanu świata, w tym nawiązania do kwestii pogarszającego się stanu środowiska naturalnego czy umieszczając w jednej z ważniejszych ról czarnoskórą postać, z czego pewnie Lovecraft nie byłby zbytnio zadowolony. Produkcja oferuje również nieco elementów rodem z dramatu rodzinnego, acz pokazanego przez pryzmat szaleństwa pełnego kosmicznego światła i mutujących stworzeń, co nasuwa skojarzenia zarówno z Mandy (2018) Panosa Cosmatosa, jak i z Coś (1982) Johna Carpentera. Nicolas Cage odnajduje się w tym szaleństwie dość dobrze, acz jego szarże wypadają tutaj czasem zbyt nachalnie w kontekście bardziej stonowanej gry innych aktorów oraz w spokojniejszych scenach. Stanley wyraźnie ma problemy ze stopniowaniem napięcia i zaproponowany przez niego tok narracji momentami sprawia nieco pokraczne wrażenie, lecz gdy wkraczamy w ostatnie fazy filmu, wtedy zanurzamy się w cudownie delirycznym koszmarze.

Podróż na dno #15 – Skarb narodów (National Treasure, Jon Turteltaub, 2004)

Jeden z największych przebojów kasowych w karierze Nicolasa Cage’a to przygodowo-familijne kino nawiązujące do klasyków spod znaku Indiany Jonesa. Cage wciela się tu w Benjamina Franklina Gatesa – łowcę skarbów, który zmaga się z głupkowatą i nielogiczną fabułą, przedstawioną w dużej mierze poprzez serie niezbyt emocjonujących pościgów i nieskładnych scen akcji. Mnóstwo pretekstów, przewidywalny rozwój scenariusza i mało pomysłowe popisy kaskaderskie nie wystarczają, aby zająć uwagę widza.

Podróż na szczyt #15 – Kick-Ass (Matthew Vaughn, 2010)

Zrealizowany na podstawie komiksów Marka Millara i Johna Romity Jr. Kick-Ass stanowi zabawną, dość brutalną, nieco głupkowatą, ale i subwersywną zabawę z superbohaterskimi kliszami. Nicolas Cage pojawia się tu w drugoplanowej roli Big Daddy’ego, który wraz z córką Hit-Girl (Chloe Moretz) walczą z przestępczością. Głównym bohaterem jest tu jednak Dave Lizewski (Aaron Johnson), komiksowy nerd, który brak nadludzkich zdolności zastępuje zapałem do walki i miłością do trykotów. Matthew Vaughn prezentuje losy Kick-Assa w komiksowej mieszance groteski, trywialnych prawd o mocach i odpowiedzialnościach, uzupełnianych zabawą z oczekiwaniami widza, małymi eksplozjami przemocy oraz bardzo sprawnie zrealizowanymi scenami akcji. Kick-Ass to inteligentna zabawa stylistyką adaptacji obrazkowych historii, która w moim odczuciu prezentuje się bardziej udanie niż pozycje o Deadpoolu. Szkoda tylko, że sequel Kick-Assa (2013) nie przedstawia podobnego poziomu.

Podróż na dno #14 – Wrota zaświatów (Pay the Ghost, Uli Edel, 2015)

Wrota zaświatów to bezwstydnie korzystający z popularności produkcji typu Naznaczony (2010) horror, w którym Nicolas Cage wciela się w ojca poszukującego swojego zaginionego synka. Ten znikł podczas Halloween, a jedynymi wskazówkami co do tajemniczego wydarzenia jest seria niepokojących wizji dręczących protagonistę. Choć osadzona w centrum produkcji celtycka legenda wydaje się na pierwszy rzut oka intrygująca, to prędko okazuje się, że mamy do czynienia z pozbawioną pomysłowości próbą zarobienia na fanach horrorów o duchach i strasznych legendach, które w okolicach premiery filmu były jeszcze dość popularne. Jako taki, film jest zlepkiem klisz, które w rękach niesprawnego reżysera potrafią jedynie wprawić w znużenie, czasami ustępujące miejsca irytacji powodowanej nadto nieudanymi efektami specjalnymi.

Podróż na szczyt #14 – Misja niewykonalna (Army of One, Larry Charles, 2016)

Misja niewykonalna to bardzo nisko oceniany przez krytyków i widzów film z Nicolasem Cagem w roli Gary’ego Faulknera, bezrobotnej złotej rączki, która – na wzór Don Kichota – rusza walczyć z wiatrakami, czy – w tym przypadku – z Osamą Bin Ladenem. Oparta o życie prawdziwego Faulknera opowieść prezentuje jedną z moich ulubionych kreacji aktorskich Cage’a, który wciela się w szalonego mężczyznę, który po rozmowach z „Bogiem” korzysta z najróżniejszych kuriozalnych pomysłów, by dostać się do Pakistanu, gdzie – po licznych perypetiach – z kataną w ręku będzie szukał słynnego terrorysty, nawiązywał przyjaźnie z mieszkańcami i kłócił się z CIA. Największą wadą jest tu niezwykle mało wyrazista kreacja Russella Branda w roli „Boga”, który psuje praktycznie każdą scenę, w jakiej się pojawia. Można tutaj też zapomnieć o jakimkolwiek napięciu, nie budzi zbyt pozytywnych wrażeń także i finał. Mimo tego Misja niewykonalna trafiła doskonale w moje około-komediowe gusta; praktycznie od początku do końca oglądałem film z uśmiechem na twarzy, nie tylko z powodu brawurowej i pełnej energii kreacji Cage’a, ale też z powodu aury optymizmu i swoistej dobroci serca, cechujących szalonego Faulknera i wylewających się z niego na cały obraz.

Podróż na dno #13 – Next (Lee Tamahori, 2007)

Bazujący na opowiadaniu Philipa K. Dicka, Next jest połączeniem science-fiction i kina akcji, gdzie Nicolas Cage wciela się w magika z Los Angeles, posiadającego zdolność przewidywania bliskiej przyszłości, gdyż jako dziecko był ofiarą nieludzkich eksperymentów przeprowadzanych przez rządowych naukowców. Next jest pełen dziur logicznych, nadzwyczaj jednowymiarowych postaci i rozczarowujących sekwencji akcji, ani trochę nie zbliżając się do nastroju niepewności, niezwykłości i paranoi, jaki towarzyszy nam podczas czytania prozy Dicka. Można go rozpatrywać jedynie poprzez pryzmat wielkiego rozczarowania.

Podróż na szczyt #13 – Oczy węża (Snake Eyes, Brian De Palma, 1998)

Oczy węża spotkały się z dość chłodną recepcją krytyków, lecz nawet ci, którzy za filmem nie przepadali, przyznawali zwykle, że jego pierwsze 20 minut to prawdziwy tour de force, zarówno reżyserskiego zmysłu Briana De Palmy, jak i aktorskiego kunsztu Nicolasa Cage’a. Oczy węża stanowią intrygujący stylistycznie obraz, korzystający z licznych mastershotów do opowiedzenia historii pełnej sprzecznych percepcji dotyczących jednego wydarzenia i osadzonej w ramach gatunkowych thrillera, w którego centrum znajduje się protagonista podejmujący moralne decyzje z niemoralnych pobudek. Kłamstwo goni kłamstwo, a wszystkie razem zbierają się na opowieść o sztuczności świata, a przynajmniej sztuczności Ameryki. Ludzie wolą tu uciekać od prawdy i żyć w błogiej ignorancji, zamiast znaleźć się w pozycji, w której będą musieli podjąć jakąkolwiek decyzję i jakąkolwiek odpowiedzialność. I choć ostatecznie fabuła Oczu węża pozostawia nieco do życzenia, to elementy społecznej krytyki, formalna strona filmu oraz brawurowa kreacja Cage’a nie pozwalają uznać obrazu za nieudany.

Podróż na dno #12 – Anatomia strachu (Trespass, Joel Schumacher, 2011)

Anatomia strachu to schematyczna produkcja home invasion z udaną rolą Nicolasa Cage’a i niezbyt udaną kreacją Nicole Kidman, która zdaje się raczej spędzać czas na niedowierzaniu, że gra w tak durnowatym filmie. Choć bowiem ten rozpoczyna się dość udanie, oferując sprawne introdukcje postaci i ich trosk, to gdy w posiadłości protagonistów pojawiają się przestępcy, wtedy wszystko zaczyna się sypać. Scenariusz gubi gdzieś sens i logikę, zaczyna powtarzać w kółko praktycznie te same sceny, podczas gdy postaci wyrzucają z siebie kuriozalne dialogi, oferujące tony nienaturalnej i niepotrzebnej ekspozycji. Produkcji nie można nawet określić jaką nudną, zdecydowanie bardziej pasujące do niej określenie to frustrująca.

Podróż na szczyt #12 – Domino śmierci (Kill Chain, Ken Sanzel, 2019)

Filmy z Nicolasem Cagem z ostatnich lat cechują się często ślamazarnym tempem narracji, niewielkim budżetem, nieciekawymi scenami akcji i ledwie kilkoma udanymi momentami czy pomysłami ukrytymi w mniej lub bardziej nużącej produkcji. Określenia te, w gruncie rzeczy, pasują też do Domina śmierci, które spotkało się z negatywną recepcją tak widzów, jak krytyków. Wg mnie jednak obraz odróżnia się od – dajmy na to – Zwierciadła (2018) czy Instynktu pierwotnego (2019) z kilku powodów. Po pierwsze, jego powolny tok narracji współgra z fabułą pełną podchodów i kłamstw przedstawianych – przynajmniej w pierwszych aktach – z różnorakich perspektyw, dodających całości szczypty niepewności i tajemniczości. Po drugie, Domino śmierci korzysta z inspiracji kinem noir umieszczając je w anturażu neonowych świateł, kojarzących się nieco z tytułami spod ręki Nicolasa Windinga Refna. Po trzecie, film posiada dość mocno – szczególnie jak na standardy niskobudżetowych akcyjniaków – rozwiniętą kobiecą postać, w którą z powodzeniem wcieliła się Anabelle Acosta. I choć zbliżenie erotyczne między Cagem i Acostą można było pominąć, to produkcja dość udanie pokazuje obie postaci jako silne, inteligentne i wartościowe. Gdy Domino śmierci atakuje widza scenami akcji, odnosi spodziewaną porażkę, choć przyznam, że jako widz dość często sięgający po niskobudżetowe akcyjniaki nie czułem, aby zaprezentowane tu strzelaniny były zupełnie tragiczne.

Podróż na dno #11 – Polowanie na czarownice (Season of the Witch, Dominic Sena, 2011)

Nicolas Cage, tutaj obsadzony jako były krzyżowiec, który doświadczył, że fanatyzm religijny jest źródłem zła i niesprawiedliwości, trafia w okolice terenów dotkniętych Czarną Śmiercią. Winą za szerzące się choroby tamtejsi mieszkańcy obarczyli młodą dziewczynę, oskarżoną o bycie wiedźmą. Bohater zostaje zatem wynajęty (w scenie z gościnnym udziałem Christophera Lee) aby z innymi rycerzami (m.in. Ron Perlman) zabrał dziewczynę do oddalonego opactwa. To, co ma szansę pokazać się jako interesująca gra między ludzkimi zabobonami, uwodzicielskimi technikami więzionej dziewczyny (Claire Foy), pełnym wątpliwości protagonistą oraz niestabilnymi psychicznie żołnierzami w okresie plagi i religijnych dogmatów, w rzeczywistości okazuje się być ślamazarnym, nudnym, pretekstowym horrorem. Jakiekolwiek moralne dwuznaczności porzuca on na rzecz tanich zagrywek, które na koniec wybuchają w ferii absolutnie paskudnych efektów CGI.

Podróż na szczyt #11 – Red Rock West (John Dahl, 1993)

W Red Rock West Nicolas Cage został obsadzony jako bezrobotny Teksańczyk imieniem Michael, który zatrzymuje się w tytułowym miasteczku, aby chwilę odpocząć podczas podróży. Wchodzi do baru z nadzieją na miłe spędzenie kilku chwil, lecz ku jego zaskoczeniu właściciel (J.T. Walsh) tegoż baru z miejsca oferuje mu pracę: zabójstwo żony (Lara Flynn Boyle). Jak się okazuje, Michael został pomylony z płatnym zabójcą. Jako że nie jest mordercą, ale za to jest bez grosza przy duszy, postanawia wziąć pieniądze za zlecenie i uciec z miasta. Zadanie cokolwiek niełatwe, tym bardziej że w okolicy pojawia się prawdziwy zabójca (Dennis Hopper) i jak można się domyślać, nie jest on zadowolony, że ktoś się pod niego podszywa. Red Rock West to bardzo udany film neo-noir, gdzie wszyscy coś ukrywają i każdy próbuje każdego oszukać. Scenariusz trzyma w napięciu i został bardzo inteligentnie napisany; kojarzyć się może nieco z kinem braci Coen, acz John Dahl jest o wiele mniej groteskowy w swojej wizji noir, mającej też sporo wspólnego z rasowym thrillerem. Produkcja zawiera przy tym wystarczająco zwrotów fabularnych i poczucia humoru, żeby nie znużyć widza monotonną ponurością. Ponadto stanowi świetny aktorski pojedynek między Cage’m i Hopperem, ale też Flynn Boyle i Walshem, z których wszyscy pokazują się jako pełni energii aktorzy, lecz nigdy nie popadający w przesadę, co doskonale współgra z realistycznym, choć okazjonalnie także nieco onirycznym filmem.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.